Bieszczady jesienią – szlaki, na których nie spotkasz tłumów

Jesienne Bieszczady - szlak przez połoniny wśród złotych buczyn

Wrzesień i październik to w Bieszczadach osobny sezon: połoniny brązowieją, buczyny płoną kolorami, a tłumy z wakacji zostają wspomnieniem. To najlepszy moment, żeby wyjść na szlak bez kolejki pod szczytem i usłyszeć las zamiast rozmów. Wybraliśmy trasy, które jesienią smakują najlepiej – od klasyki w spokojniejszym wydaniu po odcinki, na których można nie spotkać nikogo przez pół dnia.

Klasyka bez tłumów: połoniny we wrześniu

Połonina Wetlińska i Caryńska to szlaki, które latem potrafią przypominać deptak. Wystarczy jednak przyjechać we wrześniowy wtorek i wyjść na trasę przed ósmą, żeby zobaczyć je takimi, jakimi zapamiętali je bieszczadnicy: puste grzbiety, mgła wypełniająca doliny i światło, które o tej porze roku kładzie się nisko i miękko. Wejście z Przełęczy Wyżnej na Wetlińską to nieco ponad godzina spokojnego marszu – na początek jesiennego sezonu w sam raz.

Tarnica, najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, jesienią również odzyskuje oddech. Najpopularniejsza droga z Wołosatego jest prosta do nawigacji i dobrze utrzymana, a widok z kopuły szczytowej na morze rudych grzbietów należy do najmocniejszych obrazów tej pory roku. Jedno zastrzeżenie: dni są coraz krótsze, więc na dłuższe pętle wychodź wcześnie i miej czołówkę w plecaku.

Ciszej i dziczej: szlaki drugiego planu

Kto zna już połoniny, powinien jesienią spróbować tras mniej oczywistych. Grzbiet graniczny w rejonie Wielkiej Rawki i Krzemieńca prowadzi przez bukowe lasy, które w październiku wyglądają jak podpalone. Okolice Otrytu, po północnej stronie Sanu, to z kolei królestwo długich, łagodnych podejść i wsi, w których czas rzeczywiście płynie wolniej – z bazą w Chmielu albo Dwerniku można stąd układać pętle na kilka dni.

Dolina Sanu między Tarnawą a Muczne oferuje coś, czego brakuje na grzbietach: płaski, medytacyjny marsz wzdłuż rzeki, z szansą na spotkanie żubrów, które jesienią schodzą na łąki. To trasa na dzień z krótszym światłem albo na rozruch przed poważniejszym wyjściem.

Praktyczna strona jesieni

Jesienne Bieszczady wymagają nieco innego podejścia niż letnie. Pogoda zmienia się szybciej: rano potrafi być mróz, w południe osiemnaście stopni, a po zmroku znowu zimno – ubieraj się na cebulę i traktuj prognozy z rezerwą. Schroniska i bacówki poza sezonem miewają krótsze godziny otwarcia albo przerwy techniczne, więc noclegi i ciepły posiłek planuj z wyprzedzeniem, zamiast liczyć na improwizację.

Dojazd bez auta jest możliwy, choć wymaga planowania: kursy busów poza sezonem rzedną, a niektóre linie kończą jeździć po wakacjach. Sprawdzaj rozkłady na bieżąco i miej plan awaryjny na powrót. Za tę odrobinę logistyki jesień odwdzięcza się pustymi szlakami i cenami noclegów niższymi niż w sierpniu.

Najczęstsze błędy jesiennych debiutantów

Pierwszy: planowanie letnich dystansów przy jesiennym świetle – w październiku zmierzch potrafi zaskoczyć już przed siedemnastą, więc pętla, która w lipcu była spacerem, teraz wymaga porannego startu. Drugi: bagatelizowanie błota – po deszczach zejścia z połonin robią się śliskie jak mydło, a kije trekkingowe przestają być gadżetem. Trzeci: jazda bez rezerwacji w długie weekendy – wbrew pozorom złota polska jesień ściąga w Bieszczady sporo ludzi i w okolicach połowy października o dobry nocleg bywa trudniej niż w wakacje. I czwarty, najbardziej prozaiczny: zostawianie termosu w domu. Herbata wypita na szczycie w chłodny, przejrzysty dzień to połowa sensu jesiennego wyjazdu.

Jesień to dopiero początek

Jeśli masz więcej niż weekend, potraktuj te szlaki jako szkielet dłuższego wyjazdu – w naszym tygodniowym planie na Bieszczady bez pośpiechu znajdziesz gotowy układ dni, noclegi i miejsca poza szlakiem. A jeśli wolisz jeszcze mniej ludzi i jeszcze więcej przestrzeni, przymierz się do listopadowego wyjazdu: to już przedsionek zimy, ale samotność na połoninie w bezwietrzny, słoneczny dzień listopada to doświadczenie, którego lato nie umie zaoferować.

Tomasz Mazur
O autorze

Kucharz, fermentista i łowca lokalnych smaków. Po latach pracy w gastronomii - w tym stażach w skandynawskich restauracjach - wrócił do Polski, żeby odkrywać ginące smaki regionalne. Prowadzi warsztaty fermentacji i współpracuje z kooperatywami spożywczymi. Zbiera przepisy od gospodyń wiejskich.