Wyprawa po kozi ser i… coś jeszcze

Za górami, za lasami żyli sobie… No dobra będzie konkretniej. Za Górą Cisową, za Górą Leszczynową i za dawną Puszczą Merecką, w samym sercu Suwalskiego Parku Krajobrazowego żyją sobie na swoim gospodarstwie Claudia i Thomas, co rodzinną Szwajcarię zamienili na Suwalszczyznę. Wiedzą nawet, że miejscowość Szwajcaria leży koło Suwałk, ale wybrali sobie Bachanowo w dolinie Czarnej Hańczy. I produkują doskonały ser zwany mozarella bachanowski.

Suwalskie Alpy i głazy do Wilczego Szańca

Skoro mamy osadników szwajcarskich nad Czarną Hańczą, to może coś w tym jest?

Każdy kto wędrował na trasie z Turtula do Błaskowizny chyba zna odpowiedź. Nowicjuszom ułatwimy zadanie: weźcie mapę Suwalszczyzny, znajdźcie sobie najgłębsze polskie jezioro Hańcza i okolice, gdzie wypływa z niego rzeka Czarna Hańcza. Teraz bez trudu znajdziecie sobie tzw. Zalew Turtulski i malutki Turtul, gdzie znajduje się siedziba Suwalskiego Parku Krajobrazowego i dobrze zaopatrzony w lokalne wydawnictwa punkt IT /Informacji Turystycznej/. To malownicze miejsce od XVII wieku znane jest jako najstarsze miejsce osiedleńcze pomiędzy jeziorem Hańcza a jeziorem Wigry. Powstał tu wtedy młyn wodny. Zachowały się jeszcze ruiny z lat 30-tych XX wieku. Oczywiście wcześniejsze średniowieczne dzieje tej ziemi są związane z żyjącymi tutaj Jaćwingami, których ostatecznie w roku 1283 ogniem i mieczem wytępili Krzyżacy. To jednak temat na inną opowieść ze szlaku okolicznych jaćwieskich grodzisk.

rzeka Czarna Hańcza

Turtul

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z Turtula prowadzi 3,5 kilometrowa ścieżka poznawcza zwana „Doliną Czarnej Hańczy”. Autorzy przewodników konkludują wędrówkę tą ścieżką tak: czujemy się prawie jak w Alpach. Natura i lodowiec skandynawski bujnie obdarzyła ten zakątek Suwalszczyzny w to, co lubi każdy turysta: piękne pejzaże, wodę, głazy, bujną szatę roślinną i liczne urozmaicenia. Rzeka wije się bystro stromym kanionem prowadząc nas przez najsłynniejszy z polskich ozów, czyli ciąg pagórków polodowcowych aż do słynnej wiszącej doliny i rezerwatu Głazowisko Bachanowo, gdzie znajduje się aż 10 tyś. głazów narzutowych. Wielka ilość cennego surowca skusiła Niemców, aby w czasie II wojny światowej, w roku 1942, stworzyć w pobliskiej wsi Błaskowizna Zakład Przerobu Kamieni. Pracowało tu aż 200 osób, w tym od października 1943 do lipca 1944 – 124 włoskich jeńców wojennych. Tutejsze polodowcowe głazy stały się w tym okresie także materiałem wykorzystanym do budowy kwatery Hitlera w Gierłoży, zwanej Wilczym Szańcem.

IMG 1951 (Large)

Głazowisko Bachanowo

 

 

 

 

 

 

 

 

Ta poznawcza i malownicza „górska ścieżka” prowadzi przez prywatne tereny i nie jest polecana rowerzystom, a sam wiem z autopsji, że znajdą na trasie liczne przeszkody zniechęcające do jazdy. Za to cały Suwalski Park Krajobrazowy ambitnym, a nawet mniej ambitnym, rowerzystom jest przyjazny i ma wiele malowniczych tras o zróżnicowanej skali trudności. Jako wielokrotny bywalec turtulskiej ścieżki tym razem polecam ją przyjaciołom na pieszą wyprawę, a sam jadę rowerem na poszukiwania „szwajcarskiego gospodarstwa” inną równie piękną trasą.

Suwalski Park Krajobrazowy - mapa

 

Mój serowo-rowerowy flow

Każdy kto kocha rowerowe wyprawy i napawa się przestrzenią, letnim wiatrem muskającym twarz na długich zjazdach, zapachami lasu, ziół czy wolnością przemieszczania się blisko natury pokocha przyjazną rowerzystom Suwalszczyznę. Sam Suwalski Park Krajobrazowy o powierzchni 6 284 ha tuli aż 23 jeziora, tworząc z liczącą 8 617 ha malowniczą otuliną istny raj i motyw do wielu wypraw. Co najważniejsze – można tu bywać od wielu lat, a zawsze pozostaje coś do odkrycia – i dla turysty i dla naukowców. I tak pewnego dnia dowiedziałem się od przyjaciół o pysznym kozim serze, który produkują szwajcarscy osadnicy, gdzieś w oddalonym od asfaltowych dróg samotnym suwalskim gospodarstwie. To przecież kwintesencja mojej ulubionej idei slow food w wersji szwajcarsko-suwalsko-swojskiej, a zarazem cudowna motywacja dla slowingowca na nową rowerową wyprawę.

IMG 1921 (Large)

IMG 1990 (Large)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do Turtula jadę sobie rowerem od strony słynnego Jeleniewa. Onegdaj, czyli w czasach króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, Jeleniewo było miastem, w czasach zaborów znowu stało się wsią, ale jaką? Znajdźcie wieś z klasycznym miejskim układem przestrzennym z dużym rynkiem i z drewnianą zabytkową świątynią z roku 1878 tuż obok na wzgórzu, a za rynkiem z kultową już dla wielu pokoleń studentów Uniwersytetu Warszawskiego gospodą, a obecnie restauracją pod Jelonkiem. Tu u słynnej pani Marysi zawsze robiło się popas na suwalskie kartacze. Tu też, przy kufelku piwa narodził się onegdaj pomysł na najgrubszą w dziejach Suwalszczyzny powieść łotrzykowską Rękopis zagubiony w Jeleniewie. /wyd. MUZA stron… tylko 737/:

Kartacz sił Ci doda, wiatru napędzi… poczujesz się jak mieszanka puszczańskiego niedźwiedzia i krzepkiego Jaćwięga, moc, energia i ino wierny rower zamiast wierzchowca pozostaje… przynajmniej jeść nie woła… dalej w przódy, po ser najzdrowszy z serów…

Jeleniewo

Co za frajda, czuję się odlotowo, tu i teraz. Dzieje się… dzisiaj. Czas i przestrzeń to moi kumple. Kręcę pedałami i chłonę sielskie tryskające świeżą zielenią obrazy po drodze z Jeleniewa do Turtula – strome podjazdy, szaleńcze zjazdy, mijam po prawej jaćwieską Górę Zamkową, rezerwat Rutka i łapię oddech we wspomnianym już Turtulu.

IMG 2225 (Large)

Widok z Zamkowej Góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy zaznaliście stanu euforii niby z niczego – z wysiłku, tlenu, radości patrzenia w dal, na zieleń, na krajobraz? Z pewnością znacie ten miły stan…

Wyczytałem ostatnio, że według psychologów nazywa się to stanem flow – płynięcia. Sprecyzował go psycholog węgierski zamieszkały w USA Mihaly Csikszentmihhalyi. Doznajemy poczucia szczęścia i zanurzamy się jak dzieci w naszym działaniu, przeżywając jednocześnie łatwość bytu, co pozwala nam zapomnieć o wszystkim innym, jako że czas traci na znaczeniu, jesteśmy skoncentrowani na Tu i Teraz. Tego uczucia doświadczają chociażby alpiniści, biegacze, ale też artyści, podróżnicy, a także wszyscy prawdziwi pasjonaci. Pisze o tym więcej Ulrich Schnabel w swojej książce: Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia.

A w mojej łepetynie zabawa trwa, flow na całego, jadę więc jestem…

Powoli też nachodzi wielka chętka na jedzonko. Mijam Kruszki, objeżdżam głazowisko Bachanowo od zachodu i zaraz skręcam na Wróbel i wieś Bachanowo Wreszcie dojeżdżam do uroczego miejsca – Agrorancza, skąd rozciąga się piękny widok na leżące w dole Wodziłki z charakterystyczną sylwetką drewnianej świątyni staroobrzędowców zwanej molenną. Wiem od znajomych, że w Agroranczu można dobrze zjeść i zanocować, ale tym razem zadowalam się tylko kawą i zasięgam języka jak stąd dojechać do gospodarstwa Claudii i Thomasa.

Agroranczo

Molenna w Wodziłkach

 

 

 

 

 

 

 

 

Szwajcarów tu doskonale znają i nie jestem pierwszym, który pyta o drogę do nich. Niebawem jadę polnymi duktami jakieś 5 minut, wreszcie na drodze widzę deskę ze strzałką i napisem „sery”. Mijam pole, pasące się kozy i zaraz jestem u celu. Wjeżdżam w obejście i głośno mówię: dzień dobry. Za chwilę pojawia się szczupła sylwetka długowłosego blondyna. To Thomas we własnej osobie. Mówi po polsku z charakterystycznym „alpejskim” akcentem. Po chwili zjawia się jego małżonka Claudia. Widzę, że jak to w prawdziwym gospodarstwie – jest co robić, a ja przyjechałem bez zapowiedzi, więc nie męczę zapracowanego, ale też bardzo miłego gospodarza, po krótkiej rozmowie Thomas wraca do swoich zajęć, a Claudia obwieszcza mi świetną nowinę: dzisiaj w sprzedaży mamy jeszcze trochę sera koziego. Gospodyni przynosi ser, daje spróbować – pychota! Ważąc moją porcję sera opowiada o jego produkcji. Mają swoje kozy, także krowy, produkują w tradycyjnym stylu alpejskim sery twarde i półtwarde z mleka koziego i krowiego oraz miękki, świeży ser kozi. Mają także kilka miejsc noclegowych na zasadzie agroturystyki. Claudia wręcza mi też wizytówkę z ich stroną internetową www.realearth.pl. Tam mogę znaleźć całą historię ich emigracji do Polski i wiele informacji o serach. Taktownie nie zabieram Claudii wiele czasu, robię kilka zdjęć i żegnam się mając w plecaku pyszny ładunek.

W Bachanowie

koza z Bachanowa

 

 

 

 

 

 

 

 

Czas na drogę powrotną – zaczynam od szalonego zjazdu do Wodziłek, a potem ruszam rowerowym znakowanym szlakiem na Targowisko i Szurpiły. Nadchodzi czas na kolejną, tym razem jaćwieską opowieść.

 

widok na wieś Wodziłki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *