Wilcza szczęka, czyli Ogrodzieniec na niepogodę

Pogoda pod psem. Nic, oprócz pogodynek, nie zapowiada odmiany aury na lepszą. Majowy weekend przed nami, presja na wyjazd sączy się z każdej strony. A nam się nie chce – wszyscy wyjadą, miasto opustoszeje, będzie super posiedzieć w ogrodzie, poczytać książki, obejrzeć odłożone na wolny czas filmy.

Jednak wewnętrznie gdzieś nas gna – trzeba oczyścić się z codzienności – „odjechać” myślami w inne otoczenie chociaż na chwilę. Co jednak zrobić z tą pieską aurą? Pozostaje jakaś opcja kulturowo-krajoznawczo-muzealna. Wybór pada na wycieczkę w Jurę Krakowsko-Częstochowską, a dokładnie na Zamek w Ogrodzieńcu. Dojazd z Warszawy już teraz niezły i przede wszystkim jeszcze nas tam nie było, sic.

Docieramy do celu bez użycia GPS-u, czyli oznaczenia od strony Warszawy są wystarczające (co w przypadku wielu obiektów wartych odwiedzenia nie jest takie oczywiste; niech turysta sobie radzi przy pomocy nowej technologii, a jak nie wie, że w pobliżu mija miejsce warte spenetrowania, to jego strata). To pewnie zasługa Związku Gmin Jurajskich, do którego należy 37 gmin, a jego siedzibą jest właśnie Ogrodzieniec.

DSC00450

DSC00458

 

 

 

 

 

 

 

 

Ruiny zamku są ciasno otulone zabudowaniami mieszkalnymi, to prawdziwe Podzamcze. Przedsiębiorczość mieszkańców rzuca się w oczy już na wjeździe – prawie wszystkie podwórka są uprzątnięte i przerobione na prywatne parkingi. „Naganiacze” stoją przy swoich bramach i zapraszają do parkowania. Droga na zamek obstawiona jest straganami z różnościami, ale można też zaspokoić głód po podróży i spałaszować scypki (również na ciepło), zjeść pajdę chleba z domowym smalcem i kiszonym ogórkiem, kupić sobie podpłomyk. To tylko niektóre możliwości. Jest trochę swojsko a trochę bałaganiarsko, ale jest, miejsce żyje.

DSC00506

DSC00508

 

 

 

 

 

 

Widowiskowe „Skalne Miasto” (jak są również nazywane te wiekowe ruiny i unikatowy kompleks wapiennych skał) wyłania się przed nami dumnie zza współczesnych zabudowań. Robi wrażenie, nie dziwi więc, że było scenerią do Zemsty nakręconej tu przez Andrzeja Wajdę. Podchodząc bliżej od razu czuć, jak burzliwa była jego historia. I to nie tylko ta związana z potopami szwedzkimi. To Orle Gniazdo usytuowane na Górze Janowskiego na wysokości 504 m n.p.m. pozostawało niezdobytą twierdzą rodów magnackich. Jego historia rozpoczyna się już w XII wieku od grodu drewnianego zwanego „Wilczą Szczęką” ze względu wyjątkowe walory obronne. Niestety nie oparł się Tatarom, którzy w 1241 r. splądrowali i spalili gród. Wtedy to stary, rycerski ród Włodków herbu Sulima wzniósł gotycki zamek z kamienia. Ciekawostką jest, że zaprawa użyta do budowy murów została sporządzona z wapna, jaj i… padliny (może to ona w późniejszych latach odstraszała najeźdźców póki nie zwietrzała J). Zamek zmieniał właścicieli i rozbudowywał się stając się piękną, renesansową, a potem barokową wewnątrz budowlą, aż do roku 1655, czyli pierwszego najazdu Szwedów. Nadwyrężone mury zamku zostały naprawione przez kolejnego pana na włościach w Ogrodzieńcu – Stanisława Warszyckiego. Mimo że podobno wielki z niego był patriota i zwolennik postępu, to zdaje się, że racje swoje egzekwował w okrutny sposób. Dzisiaj możemy oglądać w miejscu dawnej katowni, tzw. męczarni Warszyckiego (ulokowanej w grocie pomiędzy skałami i w należytym oddaleniu od głównej bryły zamku, aby krzyki i cierpienia maluczkich nie zakłócały spokoju Pana), jak zmyślnie zmuszano poddanych i przeciwników do bycia po właściwej stronie… Legenda głosi, że okrutny kasztelan nie umarł śmiercią naturalną, lecz za życia do piekła przez diabły został zaciągnięty. Podobno po zamku włóczy się nocą ogromny czarny pies ciągnący za sobą długi brzęczący łańcuch – to duch Waćpana. W nocy nawet konie nie przekroczą bramy zamkowej prowadzącej na dziedziniec, chociaż kusi soczystą trawą. Przekonać się o tym, i stanąć twarzą w pysk zwierzęciu, możemy podczas Nocy Duchów urządzanej na zamku. To świetna alternatywa na pogodę pod psem. Ostatni właściciel opuścił zamek w 1810 roku i od tej chwili chłopi cieszyli się darmowym budulcem i brakiem ciemiężyciela w pobliżu.

DSC00461

DSC00466DSC00487

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz przepiękne ruiny kuszą turystów imprezami organizowanymi na ogromnym dziedzińcu, Karczmą Rycerską urządzoną w dawnych zamkowych spichlerzach przy dziedzińcu zw. Pańskim, biesiadami, parkiem linowym i parkiem miniatur historycznych. Możemy się też na pobliskich skałkach powspinać. Niech nam jednak nie umknie inna atrakcja tego miejsca – Góra Birów.

DSC00523

DSC00520

 

 

 

 

 

 

 

 

Wysokie wzniesienie ukryte w pobliskim lasku, lecz widoczne z góry zamkowej, kryje liczne prehistoryczne tajemnice. To tutaj, wieki całe przed powstaniem Zamku Ogrodzienieckiego, kwitło życie osadnicze. Góra Birów jest jednym z najważniejszych kompleksów archeologicznych na Jurze. W jej jaskiniach odkryto pozostałości obozowisk paleolitycznych myśliwych, którzy polowali na renifery i nosorożce włochate przed 30 tyś. lat! Na szczycie góry zrekonstruowano drewniany gród, trzeba się wspiąć do niego po setkach stopni, ale warto, bo widok na zamek i okolicę jest przedni. W III i II tysiącleciu p.n.e. powstały tu pracownie wykonujące siekierki, groty do strzał i inne narzędzia z krzemienia. Dopiero kiedy odeszli sobie stąd Scytowie i Germanie, w VIII wieku osiedlili się Słowianie tworząc początki zespołu ogrodzienieckiego. W późniejszych wiekach, w czasie walk dzielnicowych, górę ufortyfikowano i powstała tu strażnica wojskowa strzegąca granicy Królestwa Polskiego od strony czeskiego Śląska.

DSC00533

20130501 185457

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o jeszcze jednej atrakcji Ogrodzieńca – Hotelu Poziom 511. Warto się do niego wspiąć lub podjechać choćby na kawę, gdyż rzadko można znaleźć u nas tak ciekawie usytuowany i wkomponowany w krajobraz obiekt hotelowy. Nie dziwię się, że został uhonorowany 1. nagrodą w konkursie Hotel z Pomysłem. Nowoczesny, wysmakowany design wtapia się w wapienne skały wzniesienia za zamkiem. Kąpiel w 20 metrowym basenie z widokiem na okolicę, przemiła obsługa hotelowa i restauracyjna, ciekawie skomponowane menu i możliwość pojeżdżenia na hotelowych rowerach górskich uszczęśliwią niejednego nawet bez korzystania z możliwości doboru twardości materaca na swoje łóżko (jest taka opcja). A mamy jeszcze SPA w zanadrzu i wiele innych atrakcji oferowanych przez hotel i okolicę.

Lubię, gdy historia i tradycja mieszają się z nowoczesnością i wygodą, szczególnie jak idą za tym pomysłowość i dobry gust. Precz z wymuszoną przaśnością i sobiepaństwem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *