Właśnie, madame Szild, to ma być fun!

Książkę „Moje życie we Francji” Julii Child można by z powodzeniem zatytułować: Mój przepis na życie! Z pozoru bardzo prosty – weź sobie męża dyplomatę, wyjedź z nim do Paryża, zajadaj pyszności w restauracjach, spaceruj po mieście, rób zakupy w rodzinnych sklepikach i na targach, a pomysł na życie i karierę sam zapuka do twoich drzwi. Ale gdyby to było takie proste, to każda podróż, która z założenia wiąże się z odkrywaniem czegoś nowego, kończyłaby się naszym nowym życiowym sukcesem. A tak przecież nie jest. Co więc się zbanalizowało – podróże, czy my?

Po przeczytaniu tej książki (a dostałam ją od przyjaciółki z niezbyt zachęcającą opinią w komplecie) pierwsze, co nasunęło mi się na jej temat to… trzeba nazywać się Child (dziecko) i mieć w sobie ciekawość dziecka, aby świat stanął przed nami otworem z koszykiem pomysłów owiniętych w kolorowe papierki! I to jest przypadek Julii i jej podobnych osób, zwanych potocznie ludźmi sukcesu: otwartość, radość z drobiazgów, empatia, wytrwałość i przede wszystkim pasja, która nie daje im spokoju. Oczywiście sukces jest zazwyczaj okupiony wcześniejszą ciężką pracą i licznymi rozczarowaniami, ale jeżeli się nie zniechęcimy… to życie może nas zaskoczyć. Czyli w pewnym sensie jest to książka o podróżach, które mogą pobudzić nasz apetyt na inne życie – przepis musimy już napisać sami.

Julia kochała jeść, ale jej doświadczenia w tym względzie mieściły się w przeciętnym doświadczeniu każdego Amerykanina. Do 1948 roku w każdym razie. Wtedy to, wraz z mężem Paulem, pracownikiem ambasady amerykańskiej, przybyła do Francji. I jak to czasami wybranym się zdarza poczuła, że na tej francuskiej ziemi czeka ją coś wyjątkowego. Stary kraj, w starej Europie, poraził ją świeżością odkryć zmysłowych. Czyli, że stare może zachwycić osobę pochodzącą z kraju, który innych pociąga nowym. Urzekające krajobrazy, luźna atmosfera i swobodne, leniwe nawet, tempo życia – to było prawdziwe odkrycie dla osoby z pędzącego kraju.

W drodze do Paryża Julia i Paul zatrzymali się w Rouen, w Restaurant La Couronne – to tutaj, w budynku z 1345 roku, wszystko się zaczęło! Oczekując na kolację Julia poczuła wspaniałą feerię zapachów dolatującą z kuchni: „zaczęli od ostryg, których smak i konsystencja wydały się jej czymś zupełnie nowym i zdumiewającym, masło do chleba przepyszne, a sola w skwierczącym sosie maślanym oprószona zieloną pietruszką sprawiła jej istną rozkosz, rześkie białe wino z doliny Loary było objawieniem”. Jeszcze nie wiedziała, że zjedzona w La Couronne – w pierwszym dniu pobytu we Francji – sole meuniere zmieni na zawsze jej życie: „Był to najbardziej ekscytujący posiłek w moim życiu.”. Dziwić teraz może, że wtedy, lata przed powstaniem ruchu Slow Food, z niedowierzaniem słuchała wyjaśnień kelnera na temat hodowli z jakiej pochodzi kurczak, który za chwilę miał wylądować na talerzu klienta. I że masło może mieć crus – lokalne odmiany o charakterystycznych smakach. I że w ogóle o jedzeniu można rozmawiać w taki sposób – jak o jakiejś sztuce.

Wiele jeszcze było tych zachwytów, odkryć i zdziwień, zanim Julia Child zrozumiała, że to co kocha robić najbardziej to… gotowanie. Wstępem do prób była książka kucharska Larousse Gastronomigue z 1087, którą dostała od Paula i traktowała, jak poligon doświadczalny w sztuce przyrządzania staroświeckich przepisów. Kuchnia francuska stała się jej furtką do odkrycia tajemnicy smaku, a kurs w L’Ecole du Cordon Bleu, prestiżowej paryskiej szkole kulinarnej, drogą przez mękę i motywacją do przekonania siebie i innych, że Amerykanka też potrafi. To tutaj poznaje wielu wybitnych szefów kuchni takich, jak Jim Beard czy Max Bugnard oraz pisarki i znakomite kucharki Simone Beck i Luisette Bertholle. Zakłada z nimi później – w mieszkaniu jednej z nich – szkółkę gotowania dla bogatych amerykanek L’E’cole des Trois Gourmettes. Od nich dowiaduje się, dlaczego dobre francuskie jedzenie można nazwać sztuką (pisze z nimi słynną „Francuską sztukę gotowania”) i uczy się wydobywania z jedzenia pełnych, esencjonalnych smaków, np. tego, jak sprawić, żeby pieczony kurczak „smakował jak kurczak”, a nie jak „jak wnętrzności pluszowego misia”: „Francuzi są gotowi zjeść prawie każdą upierzoną latającą istotę, od drozdów przez jaskółki i kosy aż po skowronki. Jedliśmy przepysznego ptaszka – czajkę, kuropatwę. Wyrafinowane podawanie ptaków prawie w całości, świadczy o tym, że podaje się klientowi to co zamówił”.

Eksperymentowała w domu, była kimś w rodzaju „szalonego naukowca”. Zrozumiała, że jedzenie może być sztuką doprowadzoną do perfekcji pod warunkiem, że zwróci się uwagę na takie szczegóły, jak: kupowanie świeżych produktów, najlepiej na pobliskim znanym sobie targowisku lub u zaprzyjaźnionego sklepikarza, który nigdy nie potraktuje cię jak dyletanta, na proporcje, skład produktów, garnek, a nawet na energię wykorzystaną do gotowania. Perfekcjonizm nie pozwolił jej zrobić szybkiej kariery w swoim fachu, ale już wielką tak! Od zakończenia wojny świat przyspieszał, aby w końcu osiągnąć niesamowite tempo i oszaleć na jego punkcie. Julia Child ten sam czas przeznaczyła na drobiazgowe dopracowywanie przepisów, poszukiwanie starych mistrzów sztuki kulinarnej, od których pobierała nauki i których sztukę chciała zrozumieć i ocalić. Po co? Po to, aby „jedzenie smakowało jak to, z czego zostało przyrządzone”.

Była w tym sensie prekursorem i propagatorem Ruchu Slow. Oboje z Paulem lubili podróżować w tym samym ślimaczym tempie – zatrzymywać się w miejscach, które inni omijali, odkrywać cuda, których inni nie zauważali, próbować smaków, które innym były obojętne. Kochała życie, Paula i ludzi takimi jacy byli, ale czerpała od nich to, co najlepsze. Uwielbiała spotkania towarzyskie i biesiadowanie przy „smacznie zastawionym” stole. Odkrywając swoją pasję i poświęcając się jej bez wytchnienia odkryła rację swojego bytu i odeszła daleko od bezrefleksyjnego biegu przez życie znudzonej amerykańskiej middle class. Jak fantastycznie odnaleźć wreszcie swoje życiowe powołanie”.

„Właśnie , madame Szild, to ma być fun! – Zabawa. – Nigdy nie zapomina się żadnej pięknej rzeczy, jaką się zrobiło. Nawet kiedy już ją zjesz, ona n a  z a w s z e  zostanie ci w pamięci.” – Max Bugnard

P.S. W ręku trzymam książkę „Moje życie we Francji”, w telewizji leci film „Julie i Julia” o dziennikarce prowadzącej blog kulinarny w oparciu o przepisy z książki kucharskiej Julii Child i o tym, jak wpłynęło to na jej życie. Na stronie Slow Poland w artykule „W Le Targu” piszemy o najnowszych trendach zakupowych w Warszawie w roku 2013 i o żywności pachnącej pasją. Następnego dnia w TVN24 podają informację o zamknięciu najstarszej piekarni w Paryżu założonej w 1810 roku – na głucho zatrzasnęły się drzwi, umarła witryna, ulotni się zapach. Czy Julia ją znała?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *