W poszukiwaniu Miśka. „Tara” – miejsce, gdzie żyją szczęśliwe konie. Opowieść druga

Zima mocno nam przeszkodziła w odwiedzaniu Schroniska dla koni „Tara” – opowiadają dziewczynki. Ale przecież w końcu minęły mrozy, cieplejsze powiewy wiatru roztopiły śnieg – można jechać do „Tary”, do Miśka! Mamy właściwe zaopatrzenie – pięć kilogramów marchwi, trzy kilogramy jabłek, paczkę chipsów dla koni, torbę zbieranego od tygodni suchego chleba. Jest też lodówka, już niepotrzebna znajomym, a w Piskorzynie przyda się wolontariuszom, którzy będą mieli gdzie przechowywać swoje produkty żywnościowe.

Postanowione – w pierwszą niedzielę marca jedziemy.

Nie bardzo się chce wstawać tak wcześnie – codziennie trzeba być na nogach o wpół do siódmej, dziś chciałoby się pospać, ale postanowienie jest postanowieniem i koniec. Wstajemy; śniadanie, załadunek samochodu – i w drogę. Mamy do pokonania około 60 kilometrów, kto więc bardzo senny może się przez tę godzinkę zdrzemnąć.

Koło godziny dziesiątej jesteśmy na miejscu. Podjeżdżamy na parking. Piotr (mąż Scarlett – założycielki i Prezeski Fundacji, ale przede wszystkim główny opiekun koni i szef „Tarowego” gospodarstwa) pomaga nam wyjąć lodówkę i zanieść do pomieszczeń zajmowanych przez wolontariuszy. Młodzi ludzie, pomagający w pracy przy zwierzętach ocalonych przez „Tarę”, mają tu świetlicę, kuchnię, łazienkę, pokoje, w których mogą przenocować. Nie są to pokoje o standardzie hotelu pięciogwiazdkowego, ale wymagania miłośników koni i innych zwierząt nie są przesadne. Byle było się gdzie wykąpać po ciężkiej pracy, przygotować jedzenie, pogadać z ludźmi, przespać.

Samochód zostaje na parkingu, my ruszamy na poszukiwania Miśka. Tola juniorka na przedzie. Ona pierwsza musi zauważyć Miśka. Za radą Piotra kierujemy się na odległe pastwisko, położone za pałacem i parkiem. Tam dzisiaj hasa Banda ze Stajni Głównej, czyli Misiek i jego końscy przyjaciele. Dźwigamy duży kosz z prezentami: marchewką, jabłkami, chlebem, chipsami. Ciężko! Ale czego nie robi się dla ukochanych zwierzaków!

7W drodze na pastwisko mijamy padok Łagodnej. To bardzo stara klacz, bezzębna, dla której pokarm trzeba rozdrabniać. Zwierzę z daleka rozpoznaje ludzi i podchodzi do ogrodzenia pastwiska. I jak tu nie dać jej marchewki? Dajemy! Łagodna bierze smakołyk do pyska, międli miedzy dziąsłami, coś tam zostaje w pysku, coś wypada na trawę. Obok w zagrodzie jest Reni, źrebaczek „adoptowany” przez Łagodną, która żyje chyba po to, aby tego urwisa i rozbójnika wychować, doprowadzić do dorosłości…

Idziemy dalej. Przed nami padok i stajenka kilku innych starych koni. One tak jak Łagodna – stare i chore – cały czas muszą być pod czujnym i troskliwym okiem opiekunów. Nie można dołączyć ich do Stada Staruszków, nie mówiąc już o Bandzie z Głównej! Jest wśród nich utykający na jedną nogę Pedro – ma chore kopyto. Jest niewidomy Celnik, któremu towarzyszy Biała Tara, klacz-przewodniczka pomagająca niewidomemu. Konie, jak współczujący ludzie, potrafią opiekować się swoimi pobratymcami.

Dajemy koniom owoce i warzywa. Ociemniały Celnik wyczuwa jabłko na dłoni Miki i delikatnie bierze je do pyska. Biała Tara wysuwa głowę ponad ogrodzenie i także domaga się smakołyków. Sprawnie odgryza jedną połówkę marchewki, trzymanej przez Tolę juniorkę w zaciśniętej ręce, a potem delikatnie bierze drugą połówkę z otwartej dłoni. Czuć ciepło bijące z mięciutkich chrapów konia i ślinę kapiącą na dłoń. Błeeeeeeee! Tola wyciera rękę o kurtkę i… znów kieruje otwartą dłoń, tym razem z jabłkiem, w stronę konia. Jabłek, marchewek i chleba ubywa, a my nie jesteśmy nawet w połowie drogi do Miśka! Przyspieszamy kroku idąc dalej.

1Wszędzie błoto. Ostatnie cieplejsze dni spowodowały rozmarzanie powierzchni ziemi, ale głębiej gleba jest wciąż zamarznięta, woda w nią nie wsiąka – i musimy dreptać po takim czymś, co niby jest miękkie, ale pod spodem wciąż twarde. Nogi zapadają się na centymetr, a spod butów tryska paskudne, rude błoto! Oj będzie czyszczenie obuwia po tej wyprawie, będzie!

Przedzieramy się przez park, mijamy pierwsze puste pastwisko, a na następnym widzimy całe stado koni. To Banda z Głównej. Są tu konie różnej maści: szare, gniade, kasztanki… Przyspieszamy. Już z daleka Tola juniorka dostrzega Bolusia. To nieodłączny przyjaciel i kumpel Miśka. Zawsze trzymają się razem. Nawet ich boksy w stajni sąsiadują ze sobą. No, tu na pewno jest także nasz Misiek! Podchodzimy bliżej. Boluś jest jakiś dziwnie naburmuszony. Zwykle podbiega szybko do ogrodzenia, teraz pozwala się wyprzedzić innym koniom. I tego konia znamy i tamtego, ale Miśka nie widać. Gdzie jest Misiek? Rozdajemy przysmaki, zostawiając jednak coś dla naszego podopiecznego.

Szukamy dalej. Może Misiek opuścił dziś Bandę i trafił na znajdujące się bliżej pałacu pastwisko Staruszków? Znowu marsz przez błoto i kałuże. m3Jesteśmy u Staruszków. Tu rządzi kucyk Jasiek. Wyjątkowy, bo jako jedyny kucyk radzi sobie z „dużymi” końmi i jest z nimi w stadzie. Z młodszymi, jak nasz Misiek, może miałby problem, ale ze Staruszkami? Im nie walka o przywództwo stada w głowie. Niech sobie przewodzi młody, byle było co zjeść. A Jasiek szaleje: stara się odgonić stare konie od ogrodzenia i sam chce pożreć wszystko, co podają dziecięce dłonie. ”Strzela zady” tzn. wierzga kopytami wzbijając w górę fontanny błota. Na szczęście jest nas czworo, więc kiedy jedna osoba zajmuje się „wymuszaczem” i terrorystą Jaśkiem, pozostałe karmią Staruszki. Każdy koń chce dostać smakołyk. Tłoczą się przy ogrodzeniu, wychylają łby ponad deskami ogrodzenia albo wsadzają pomiędzy nie – byle dostać jabłko, marchewkę albo kawałek suchego chleba. Łakome zupełnie jak dzieci na słodycze, bo choć syte, nie odpuszczają końskich smakołyków!

m8Staruszki Staruszkami, ale gdzie podział się Misiek? Wędrując po pastwiskach w poszukiwaniu naszego pupila prawie zatoczyliśmy koło. Jeszcze tylko zagroda świnek, kurnik, psie kojce i budy, i… jesteśmy w punkcie wyjścia, przy pałacu. Przy okazji zaglądamy na padok kucyków, który pominęliśmy rano spiesząc się do Miśka i jego Bandy. Jest dosyć zimno, więc kucyki zgromadziły się przy stajence, która daje im schronienie w razie niepogody. Od ogrodzenia, przy którym stoimy, dzieli je ogromna, głęboka kałuża. Trzeba zmoczyć kopytka, aby do nas dobiec. Kucyki wyraźnie nie mają na to ochoty, za to pasące się obok kozy przybiegają w podskokach – i w nagrodę dostają marchewki i jabłka. Kozy, zwierzęta wiecznie głodne, są wyraźnie zadowolone z przekąski.

6W poszukiwaniach towarzyszy nam pies, niewielki kundel na krótkich łapkach – Kozik. On czuje się w Tarze szefem i gospodarzem. Wita przybywających, merda ogonem, łasi się, ale jednocześnie jest czujny i zdaje się wszystko widzieć. Gdy zatrzymujemy się by karmić konie i kozy, Kozik wybiera miejsce na słoneczku i wygrzewa swoje stare kości. Ale gdy ruszamy dalej, natychmiast zrywa się gotowy do dalszej z nami wędrówki. Za swoje wierne towarzystwo dostał marchewkę – wziął, podziękował, nawet coś zjadł, resztę ukradkiem wypluł. Tak zachowują się tylko dobrze wychowani przyjaciele ludzi. Brawo Kozik! Szkoda tylko, że nie umiesz mówić. Ty na pewno wiesz, gdzie zawieruszył się Misiek i gdybyś potrafił zrozumieć nasze rozmowy, na pewno wskazałbyś do niego drogę. Bo przecież nie możemy wrócić do domu nie spotkawszy się z naszym ulubieńcem!

Wbrew wszelkiej logice (Banda z Głównej i Staruszki są na pastwiskach) kierujemy się do stajni. Może Misiu „przez zapomnienie” został w boksie? Z daleka, przez otwarte wrota widzimy puste, pootwierane boksy. Podchodzimy bliżej i… niespodzianka: w boksie, tuż przy wejściu do Stajni Głównej wita nas Sokół, a dalej, w głębi – Misiek! Spokojnie skubie siano w swoim boksie i nawet nie podejrzewa, że prawie od dwóch godzin biegamy szukając go na pastwiskach.

5To, że Sokół został w stajni, wcale nas nie dziwi. Bo Sokół to „Mistrz Tarowych ucieczek”. Dla niego, jak mówią w „Tarze” – „Trawa za ogrodzeniem jest zawsze bardziej zielona niż ta na pastwisku”. Kiedy więc ma ochotę na wycieczkę-ucieczkę tylko specjalnie wzmocnione ogrodzenia mogą go powstrzymać. I to nie na długo… Dlatego prawdopodobnie został dziś w stajni: ogrodzenia padoków nie zostały jeszcze sprawdzone i wzmocnione po zimie. Ale dlaczego został z nim Misiek? Dla towarzystwa, czy może dlatego, że dołączył do Gangu Sokoła? To bardzo prawdopodobne, jak wyjaśnił nam później Piotr. Sokół ma bowiem swych wiernych fanów i naśladowców, którzy tak jak on, uwielbiają przechadzać się po terenie Schroniska niekoniecznie wytyczonymi dla nich drogami. Wygląda więc na to, że Misiek został jednym z nich.

Ale nam niesubordynacja naszego pupila wcale nie przeszkadza. Nadal jest wybranym, ukochanym karym konikiem. A że troszkę niesfornym, no cóż, dzieci też nie zawsze są grzeczne.

Szczęśliwi, że odnaleźliśmy Miśka, obdarzamy go ciepłymi słowami, „głaskami” po grzywie i miękkich chrapach, i oczywiście przysmakami. Misiek wespół z Sokołem, ze smakiem zjadają marchewki, jabłka i suchy chleb, rozkoszują się końskimi chipsami. Koń wychyla głowę przez ogrodzenie boksu, ciamka głośno zajadając, co zostaje utrwalone na filmiku, zrobionym komórką, aby można było ukochanego Miśka pokazać dziadkom.

Gdy opuszczamy stajnię, żegna nas długie, powtórzone rżenie Miśka. Jakby mówił: „Do widzenia, do szybkiego zobaczenia!”

Tola juniorka odpowiada Miśkowi: „Nie płacz, za kilka tygodni znów cię odwiedzimy!” i… posyła mu całuski.

 

Historię poszukiwań Miśka opowiedziały Dominika (Mika) i Antonina (Tola juniorka), uzupełniła ich mama Antonina, a spisała babcia, także Antonina. Bo my Antoniny z jednej rodziny, działamy siłami wspólnymi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *