Slow Lisbon Story

To był mój pierwszy raz – w Lizbonie. Jak pierwsza miłość, choć nie od pierwszego wejrzenia. Nie byłam sama, ale to moja Lisbon story.

Wysiedliśmy na stacji metra Baixa Chiado naprzeciwko kultowej kawiarni Brasileira, gdzie do stolika zapraszał sam Fernando Pessoa. Pośród brazylijskich rytmów przeszliśmy przez rozfalowany wzorami chodnika Plac Luis de Camoes na Rua do Norte. Klatką schodową wyłożoną azulejos weszliśmy do mieszkania o tak niepojętym układzie, jak dusza Portugalczyka. Na 130 m2 mieścił się labirynt korytarzy, łazienek i sypialni, w którym zgubiliśmy się od razu, a wielki salon zapraszał nas rzędem wysokich okien na ażurowe słoneczne balkony. Z nich roztaczał się widok na ulicę, pobliski plac i dachy miasta. Wciągnęłam głęboko powietrze w płuca, oddychałam Lizboną…

DSC07257

DSC06852DSC06701

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lisboa – brzmi, jak imię tajemniczej kobiety, wywołuje uczucia niepohamowanej radości i smutku (saudade) zarazem. Nieodgadniona, jak heteronimy Pessoi i konkretna, jak katedra Se i bica (portugalskie espresso) Lizbona męczy i rozleniwia, zachwyca i rozczarowuje. Nie wiem, czy można znaleźć jeszcze w Europie stolicę tak „slow”, jak ta znajdująca się na jej krańcach.

DSC06811

DSC06710DSC06786

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jaki jest więc sposób na Lizbonę?

Żeby poznać nowe miejsce, zaprzyjaźnić się z nim (lub nie), trzeba je obejść, obwąchać, popróbować, przyswoić sobie, przysiąść gdzieś, tak bez zaplanowanego specjalnie celu. Umberto Eco, aby zrozumieć inny kraj, zanim zacznie zwiedzać muzea i kościoły robi dwie rzeczy: „… przede wszystkim chodzę po ulicach, kręcę się jak najdłużej bez celu, żeby przyjrzeć się ludziom, wystawom, kolorystyce domów, wciągnąć do płuc zapachy, a potem staram się zjeść jakąś lokalną potrawę, bo gdybym tego nie zrobił, nie zrozumiałbym miejsca, w którym jestem, ani mentalności zamieszkujących je ludzi.” Ja dodam – trzeba jeszcze w nim „zamieszkać”, czyli poczuć rytm i tętno życia jego mieszkańców.

DSC06720

DSC06736DSC06760

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I tak też uczyniliśmy w Lizbonie. Zamieszkaliśmy w sąsiedztwie portugalskich poetów Camoesa i Pessoi. W Bairro Alto. W wynajętym mieszkaniu a nie w hotelu, w starej kamienicy drzwi w drzwi z rodowitymi Lizbończykami. Mieszkanie miało lekko pochyłą podłogę w kierunku spadku ulicy (w końcu Lizbona leży na wzgórzach), stare azulejos na parapetach i w schowkach ukrytych w ścianach, parę tajemnic (płaczącą co noc sąsiadkę pod nami i samowłączającą się zmywarkę w naszej kuchni) oraz wgląd w życie mieszkańców kamienicy na przeciwko. Było równie przestronne i niesamowite, jak mieszkanie bohatera filmu Wim’a Wenders’a „Lizbon Story”.

DSC06839

DSC06867

 

 

 

 

 

 

 

DSC07003Każdego ranka rozchylałam ciężkie zasłony i wychodziłam na balkon „… w dniu pełnym miękkiego światła, w którym ponad dachami wyrwanego ze snu miasta fabrycznie nowy błękit nieba zamyka tajemniczą egzystencję gwiazd…” (Fernando Pessoa). Witałam się skinieniem głowy z uroczą znajomą z kamienicy naprzeciwko – ja, turystka z drugiego piętra, ona, mieszkanka Lizbony z parteru – i wciągałam zapach świeżo zaparzonej kawy w kafejce na dole. Dzięki temu poranek od razu nabierał przyspieszenia – spacer po świeże pieczywo i domowe dżemy do pobliskiej piekarni, po soczyste brzoskwinie i słodkie pomidory oraz rozpływający się w ustach ser i złocistą, aromatyczną oliwę do małych delikatesów. Panowie podczas tych wypraw wstępowali do naszej Tease (Lisbon’s rock’n’roll Bakery) na stawiającą na nogi bicę. Dzień uważaliśmy za rozpoczęty.

DSC07264

DSC06703DSC07263

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lizbona jest miastem na pieszo.

Nie jest to wielka przytłaczająca metropolia. Zabytkowe centrum rozpościera się na kilku wzgórzach, to prawda, ale mieszkając tak centralnie właściwie nie trzeba korzystać z komunikacji miejskiej. Odpowiednio planując spacery (czyli jak pokonać wzgórza, aby się zbytnio nie namęczyć), obieraliśmy azymut i wyruszaliśmy na łazikowanie po mieście. Jak już wspomniałam mieszkaliśmy w Bairro Alto, czyli w „wysokim sąsiedztwie”, więc przynajmniej na początku dnia mieliśmy zawsze „z górki”, a na koniec mogliśmy skorzystać z dekadenckiej windy Elevador de Santa Justa i słuchając jej staroświeckiego skrzypienia jeszcze raz spojrzeć tego dnia na zachwycającą panoramę miasta i oświetlone gotyckie łuki Convento do Carmo – klasztoru-muzeum bez dachu (mury ocalały po tragicznym trzęsieniu ziemi w 1755 roku, kiedy to prawie cała Lizbona posypała się jak zamek z piasku). Miło też było przysiąść po wyczerpującym spacerze na małym placyku Largo do Carmo, bardzo paryskim w charakterze, na lampkę porto i espresso. Od niej już parę kroków w dół, przystanek w Blasileirze na kieliszeczek ginji po drodze, i byliśmy w domu.

DSC07016

DSC06777DSC07740

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spacerując po Lizbonie ma się wrażenie jej kruchości, zwiewności, ulotności. Jakby ziemia miała pod nami zadrżeć i zdmuchnąć to cudo do rzeki. Jej solidne budowle, jak Zamek Św. Jerzego czy katedra Se są otoczone „koronkowym” miastem – błyszczącym w słońcu tysiącem wzorów niebieskich i różowych azulejos, wyrzeźbionym manuelińskimi portalami i metalowymi balkonami. Szczególnie wyraźnie to widać patrząc na Lizbonę „z góry”. Ale zwiedzając ją „od dołu” i „od środka”, stąpając po ulicach Alfamy nie sposób nie poczuć, jak solidnie jest osadzona na tej portugalskiej ziemi. Ściśle przylegające do siebie domy w wąskich ulicach nabierają trochę oddechu tylko na napotykanych z rzadka placykach. Te większe, pięknie wyłożone wzorzystymi chodnikami (calcada portuguesa) znajdziemy w nowszej części miasta, czyli tej odbudowanej po wielkim trzęsieniu ziemi. Tych mniejszych, czasami miniaturowych, jest więcej w Alfamie, dają trochę przestrzeni stłoczonym na tysiącach schodów kamienicom, kościołom i klasztorom.

DSC07073

DSC07175DSC07639

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale jak zrobić zdjęcie potężnej katedrze Se? Bokiem, wzdłuż, położyć się? Ogrom tego średniowiecznego gmachu, twierdzy właściwie, przytłacza surowością kamiennych bloków w rażącym słońcu. Wciśnięta między rzędy domów w wąskich uliczkach opadających wraz z Alfamą w stronę Tagu nie daje się uchwycić. Trzeba nie lada umiejętności i sprzętu, żeby podołać temu zadaniu! Obezwładnia, każe przysiąść na jej schodach, klęknąć do zdjęcia, zamilknąć w zadumie. Ale bez przesady z tą powagą – po drugiej stronie uliczki wzdłuż której ciągną się mury katedry „strzegą” jej żartobliwe anioły w restauracji Coracao da Se. W środku natomiast znajdziemy chrzcielnicę, w której ochrzczono św. Antoniego (znanego jako „z Padwy”) i szczątki patrona miasta św. Wincentego, warto też zajrzeć do jej potężnych krużganków.

DSC07180

DSC07182DSC07191

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co innego z zamkiem na wzgórzu – ten zdaje się panować nad średniowieczną Alfamą swoją fenicką , rzymską, wizygocką, muzułmańską i średniowieczną przeszłością. Oszałamiający taras okolony potężnymi murami wygląda jak ogromna korona unosząca się nad miastem. Jego skomplikowaną historię, tak powiązaną z losami tego poranionego miasta, można obejrzeć podczas wieczornych seansów filmowych organizowanych na dziedzińcu zamku.

DSC07090

DSC07045

 

 

 

 

 

 

Lizbona jest Alfamą i fado, to Królowa Nocy.

Nie sposób chodząc ulicami Alfamy, a raczej wchodząc i schodząc nieustannie (chyba, że dobrze się przemyśli trasę i zacznie od Castelo de Sao Jorge), nie zgubić się. Nam się to przytrafiło, gorzej, nie mogliśmy się odnaleźć nawzajem. Wystarczy, że ktoś przystanie na sfotografowanie dzieciaków kąpiących się w plastikowym baseniku ustawionym na stopniach ulicy, inna osoba zajrzy za róg domu i zachwyci się jakąś uroczą fontanną ukrytą we wgłębieniu ściany, a kolejna podąży wg planu, ale zastygnie przed pięknym wzorem z azulejos na fasadzie domu ukrytym pod trzepoczącym praniem… i klops – nie wiecie gdzie jesteście i nie wiecie gdzie są wasi towarzysze. Nie łatwo się potem odnaleźć w tej plątaninie ścieżek – żar leje się z nieba, języka nie znamy, woda w butelce i bateria w telefonie się skończyły i nadzieja też.

DSC07105

DSC07120DSC07110

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dlatego ciekawymi mogą się okazać „blind walks” po Alfamie, czyli spacery z zawiązanymi oczami. Z przewodnikiem za rękę zwiedzamy tę dzielnicę poprzez takie zmysły jak: węch, słuch, dotyk, smak. Zapamiętujemy topografię terenu, wsłuchujemy się i kojarzymy dźwięki, rozpoznajemy zapachy, faktury ścian. Przestajemy polegać tylko na mapie i wzrokowej orientacji w terenie, która w tym miejscu może okazać się szczególnie zdradliwa. Może nam się to przydać wieczorem i w nocy, kiedy zawitamy tu do jednej z restauracji fado (a trzeba koniecznie) i ze smutkiem w duszy i śpiewem na ustach, a po paru lampkach portugalskiego wina zwieńczonych ananasem w porto na deser, będziemy się chcieli wydostać w weselsze rejony miasta.

DSC09172

DSC09219DSC09213

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bo zabawić się w Lizbonie można przednio w Bairro Alto, czyli w Górnym Mieście, gdzie mieszkaliśmy. Senne ulice w ciągu dnia, w nocy zmieniają swoje oblicze i wznoszą się na wyżyny zabawy. Otwierają się dziesiątki klubów, tascas barów, kafeterii. Ludzie wylegają na ulice z drinkami w ręku tak gęsto, że trudno się przecisnąć. Z każdego okna, bramy dobiega innego rodzaju muzyka. Tygiel ludzki mówi wszystkimi językami świata, grają rewelacyjne zespoły rokowe na miniaturowych scenach lub pojedynczy wykonawcy, którzy potrafią głosem i dźwiękami swojej gitary wprawić w trans każdego. Rodzą się przyjaźnie portugalsko-niemiecko-francusko-polskie, mochito szumi w głowie. Królowa Nocy nie śpi do godzin rannych i nie wiem, czy to gorący klimat tego miasta, słony powiew od oceanu, ale nikomu to jakoś nie przeszkadza!

2012-08-01 23.42.09

DSC06825

 

 

 

 

 

 

 

Lizbona smakuje cynamonem, piri-piri, kolendrą, oliwą i owocami morza.

Zapach i widok piętrzących się na talerzach grillowanych ryb przyciąga do restauracji i wywołuje pragnienie popicia ich vinho verde (młodym winem). Tascas rozkładają swoje stoliki na schodach, wąskich ulicach, placach. Ostre przyprawy mieszają się ze świeżymi i słodkimi, kolor oliwy na talerzykach nie pozwala iść dalej. Choć podawane zanim się cokolwiek zamówi „czekadełka” mogą niejednego zaskoczyć swą ceną, to wchodzące w ich skład pasty rybne są warte grzechu. Osławione tłuste sardynki to mus i czysta przyjemność – nie da się ich nie skosztować w Portugalii – ale dorsz, narodowa potrawa, podawany podobno na 365 sposobów… nieco mnie rozczarował. Nie poddawałam się jednak i podczas całego pobytu zamawiałam go co rusz to w innej wersji i… nic, nie wzruszył moich kubków smakowych, nie poruszył serca. Przede mną jeszcze wiele wersji tego dania!

DSC06954

DSC06955

 

 

 

 

 

 

Za to paszteciki – rybne, mięsne, warzywne – w kruchym cieście, wow! No i grillowany pstrąg (robalo) – absolutna rewelacja. Nie udało mi się jednak nigdzie skosztować osławionej caldo verde (zupy z kapustą, czosnkiem i kiełbasą), a bardzo na nią liczyłam. Inne zupy natomiast, w tym czosnkowa z chlebem, kolendrą i jajkiem ugotowanym bez skorupki na jej wierzchu, były naprawdę świetne. Portugalczycy to jednak naród morza i nie dałam się im oczarować portugalskim sposobom na mięsne dania, nawet ciekawiącej mnie porco a alentejana (wieprzowinie w sosie z mięczaków). Gulasze rybne też nie zdobyły mojego serca.

DSC07379

DSC07380

 

 

 

 

 

 

Za to zupełnie mnie zauroczyły pateis de nata (delikatne babeczki z rozwarstwiającego się ciasta wypełnione żółtym kremem), choć nie jestem łasuchem. Aby zrozumieć co mam na myśli, trzeba koniecznie odwiedzić Antiga Confeitaria de Belem, stanąć w długiej kolejce do stolika w jednej z sal i zamówić jeszcze ciepłe ciasteczka. To sztandarowy produkt tej kafeterii, który zamawiają wszyscy od 1837 roku bez przerwy, więc nie czekają długo na kolejnego smakosza i zawsze są ciepłe. Tu w Belem powstała ich receptura i jest strzeżona pilnie do dnia dzisiejszego (tylko 4 osoby ją znają), wszędzie indziej pateis de nata to tylko blady cień oryginału. W tym wypadku nie można iść na skróty.

DSC07425

DSC07442

 

 

 

 

 

 

Lizbona to miasto tarasów i zachwycających panoram.

Przyznam – nie jestem fanką wjeżdżania na obiekty będące punktami widokowymi i raczenia się panoramami. Zdecydowanie wolę „zanurzyć się” w miejscu – zgubić w krętej uliczce, wejść do bramy, zajrzeć komuś w okno. W ten sposób „wsiąkam” w dane miejsce i poznaję życie jego mieszkańców. Ale Lizbona to co innego! To miasto samo otwiera się przed nami dziesiątkami tarasów naturalnie wkomponowanych w jej wzgórza (wystarczy się wspiąć na jakieś wzniesienie, a taras sam się znajdzie) i zaprasza do podziwiania: patrzcie jaka jestem piękna! Jest zachwycająca z góry i tajemnicza od dołu. Jeżeli miałabym się teraz określić i wybrać, z którego tarasu jest najpiękniejsza – nie potrafiłabym. Wiem jedno – dachy Paryża przy niej bledną. Jeśli więc zwiedzanie miast kogoś męczy i chce „łyknąć” je jakoś w całości i szybko – to mimo, że Lizbona poczuje się urażona – to jest właśnie to miasto. Wędrówki pomiędzy tarasami nie sprawią problemu, bardzo łatwo się zorientować gdzie jesteśmy i do jakiego punktu chcemy dotrzeć. Azymuty same się wyłaniają pomiędzy ceglastymi dachami – place kreślą kwadraty, owale i prostokąty, pomniki wyznaczają trasę spacerów, szerokie zadrzewione aleje prowadzą do najelegantszych punktów miasta, wystające ponad wszystko zamki, pałace, klasztory kreślą historię miasta, a Tag poprzecinany mostami prowadzi w kierunku Almady, Belem, Cascais i Cabo da Roca z następną panoramą.

DSC00887

DSC07056

 

 

 

 

 

 

Lizbona jest wielopoziomowa.

I to nie tylko ze względu na różnicę terenu, windy, setki schodów i wspinające się po ulicach żółte tramwaje. Ktoś kiedyś pozwiedzał, że Portugalia to Lizbona. A Lizbona to Świat – przesadzam? Otóż to istny tygiel – kultur, kolorów skóry, gatunków muzyki, architektury, sztuki, podbojów, zawirowań historii, kataklizmów. Prawdziwe miasto portowe, brama Europy do nowego świata – czuć tu dwie Ameryki i Afrykę, da się jeszcze wyczuć ślady Europejskich podbojów tej ziemi. Wysublimowana elegancja pałaców sąsiaduje z łuszczącymi się tynkami domów; pucybuci rozkładają się ze swoim biznesem na jednym z najpiękniejszych placów miasta – Rossio; uliczni muzykanci podążają śladami muzyki alternatywnej, etnicznej, operowej; rockowe i jazzowe kluby Bairro Alto konkurują z restauracjami fado w Alfamie.Bogactwo kolonialnego imperium, podmiejskich kurortów i precyzyjnie rozplanowanych alej i placów markiza de Pombala wybrzmiewa tuż obok średniowiecznej, mało bezpiecznej wieczorami, bo organicznie biednej Alfamy i rozległych, smutnych blokowisk okalających centrum miasta.

DSC07682

DSC07022

 

 

 

 

 

 

Lizbona oddająca hołd największym osobowościom swej historii w postaci licznych pomników rozstawionych w centralnych punktach pięknych placów, którzy jak Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, Luis de Camoes, Markiz de Pombal, Amelia de Rodriguez czy Jose Saramago przyczynili się do kształtowania wielkości Portugalii i jej ducha, nie może zapomnieć o cierpieniach kraju naznaczonego najcięższą i najdłuższą w historii inkwizycją, licznymi pręgierzami, smutkiem wyśpiewywanym w najbardziej nostalgicznej muzyce ulic i barów – fado. Bo Lizbona jest poraniona, jak zraniona kobieta. To wszystko jednak nie „zgrzyta”, nie stanowi o braku spójności miasta. Wręcz przeciwnie – współgra, jest ze sobą pogodzone. Lizbona jest naturalna, nie ulizana, nie przechodzi współczesnego liftingu, nie próbuje na siłę uwodzić.

DSC06769

DSC07164

DSC06813

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest jak miasto z bajki lub z filmu.

Pełna kolorów, tajemnic, zła, dobra, radości i smutków. Pełna różnych historii do opowiedzenia. Część z nich znajdujemy w pięćsetletniej sztuce wypalania i malowania azulejos (ceramicznych płytek). Bez nich trudno sobie wyobrazić Lizbonę, trudno sobie wyobrazić Portugalię. To one sprawiają, że domy „fruwają”, bo tak lekkie i zwiewne wydają się w ich przybraniu, a wnętrza kościołów, restauracji, stacje metra i parki nabierają wyjątkowej treści. I chociaż wystrojona w nie jest cała Lizbona, to wizyta w Muzeo Nacional do Azulejo urządzonym w dawnym Convento da Madre de Deus jest ekscytująca.

DSC07451

DSC07811

 

 

 

 

 

 

Azulejos wypełniają sale, korytarze, schody, krużganki, kaplicę odsłaniając nam swoje oblicze. Wędrujemy przez wieki i style, kierunki rozwoju i wpływy, motywy i kolory i… zaczynamy rozumieć, że czym dla Włochów są freski, dla Portugalczyków są azulejos! I że to nie pieśń przeszłości, ale sztuka dalej żywa. Żałuję, że nie dane mi było wejść do środka Palacio dos Marqueses de Fronteira (a tylko porozmawiać przez domofon; był 15 sierpnia, który w Portugalii jest również dniem świętym) – prawdziwej perły tej sztuki będącej nadal w rękach rodziny markiza de Fronteira i udostępnianej do zwiedzania za opłatą.

DSC07770

DSC07839DSC07822

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając z Palacio dos Marqueses de Fronteira i stąpając po wyślizganych wzorach na chodnikach, błyszczących w słońcu jak płytki na fasadach domów, dumałam nad moją opowieścią o Lizbonie. Kiedy zdawało się, że już ją uchwyciłam wymykała się jak dym z fajki wodnej Alladyna.

DSC06820

DSC09146DSC06814

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co jest z tobą Lizbono? Tak trudno znaleźć słowa, frazy, zdania, które mogłyby Cię odmalować. Może lepiej chwycić za pędzel? Niewielu również znalazło się pisarzy, którzy zmierzyli się z tematem. No może trochę Pessoa i Saramago, ale to oczywiste. Pisze pięknie o tych „nie zapisanych kartach” w książkach wielkich literatów Marcin Kydryński w ostatnim numerze Kontynentów.

Czyż leżysz za daleko u wrót oceanu, owiana zbyt zimnymi prądami i zlana zbyt jasnym światłem? Pozostawili Cię żeglarze i nie zawitali filmowcy! Nie zapowiada się Woody Allen z kolejną częścią swego europejskiego cyklu miejskiego. A znalazłby przecież dla siebie materiału aż nadto, gdyby „pogrzebał” w duszy lizbońskiej, porozmawiał z Fernando i zakochał się w czarnookiej fadistce. A może w tym tkwi szkopuł właśnie? W tej ulotności, braku definicji i ram, w które można by wcisnąć Lizbonę? W jej „zwykłości” i „bajkowości” zarazem. W braku konkretu i utartego sloganu, który łatwo można wziąć do ręki i przerobić na światowy bestseller. A chciałoby się wrócić do tych ulic, placyków, ulicznych performerów, prostej grillowanej ryby na talerzu, żółtych tramwajów nie tylko na zdjęciach z podróży.

DSC09156

DSC00883DSC07678

 

 

 

 

 

 

 

 

 

P.S. Nie byłam sama w Lizbonie, ale to Moja Slow Lisbon Story.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *