Raz pałac, raz barak, czyli rzecz o couchsurfingu

Dobrostan

Zrobiło się już całkiem jasno. Palmy migają za szybą, w samochodzie panuje przyjemny chłód, a szofer ubrany jest elegancko. Surojit zaś, mężczyzna koło pięćdziesiątki, o zaokrąglonej sylwetce, w kolorowej koszuli, opowiada o szaleństwach minionej nocy. Tym bardziej jestem mu wdzięczny, że odebrał nas z dworca.

Willa Surojita nie jest wielka. Z jej okien nie widać morza. Za to cała, łącznie ze służbą i szoferem, jest do dyspozycji gości. Okazywana atencja robi na mnie wrażenie, lecz z drugiej strony kładzione mi od wczesnych lat do głowy ideały równości i braterstwa sprawiają, że mam opory przed wręczeniem bagażu (szczególnie sfatygowanego plecaka) służącemu. Wzbranianie się przed podobnymi gestami przeczyłoby jednak zasadzie „act like locals”. Utrzymywanie służby jest przecież wpisane w indyjską kulturę, historię i stosunki społeczne. Posłusznie oddaję więc plecak służącemu…

Dzień spędzamy pośród pozostałości kolonialnej architektury, wieczór zaś na tarasie, za stołem, w nieco kolonialnej atmosferze. Dyskusje o kulinariach i stanie świata, pogryzanie, popijanie, dyskretne służby nadskakiwanie. Gospodarz czuwa, by gościom niczego nie brakowało. Lodów o smaku mango próbuje jako pierwszy, po czym kategorycznym gestem nakazuje je wynieść. „Nie są wystarczająco dobre” – tłumaczy.

Co skłania Surojita, by przyjmować z wszelkimi honorami zamożnych (przynajmniej stosunkowo) gości i nie żądać niczego w zamian, podczas gdy tysiące jego rodaków proszą na ulicach o jałmużnę? A co nas, przybyszów z Europy, zachęca do korzystania z jego gościnności?

Surojit okazał się doskonałym gospodarzem. Jednak luksus, którym nas otoczył, w zestawieniu z przygnębiającą indyjską biedą, krępował nas i uwierał. Koktajl snobizmu i serdeczności na Goa smakował słodko i cierpko zarazem.

IMGP8283


Pustostan

W grudniu w Granadzie jest już zimno. Choć to południe Hiszpanii, bliskość gór robi swoje. Trawę rosnącą wzdłuż drogi prowadzącej za miasto przykrywa warstewka śniegu. Jest już po północy i nie znamy dokładnego adresu domu, którego szukamy. Wiemy, że stoi po lewej stronie drogi i na pewno nie pali się w nim światło.

Stajemy przed ogrodzeniem z napisem obwieszczającym, że budynek grozi zawaleniem. Jesteśmy na miejscu. Wchodzimy przez pozbawione szyby okno. W środku pusto, są tylko materace. Zimno. Śpimy w kurtkach.

Tak naprawdę nigdy nie spotkaliśmy Miry. Nasze rozkłady dnia musiały się bardzo różnić, rozmijaliśmy się bowiem za każdym razem. Zostawialiśmy mu wiadomości, on nam – prowiant w postaci orzeszków ziemnych. Był jak duch, który pozostawiał ledwie widoczne ślady swojej obecności. Taki przecież był jego cel: nie zostawiać śladów. Nie wytwarzać. Nie używać pieniędzy. A co jeść? Gdzie mieszkać? – zapyta pragmatyk. Freeganin (bo tak nazywają siebie przeciwnicy pieniędzy) odpowie na to: świat, w którym żyjemy jest światem nadmiaru. Wystarczy umieć z tego nadmiaru korzystać. Śmietniki supermarketów, puste budynki, matka natura – świat jest naprawdę hojny.

Czy życie w ten sposób w ogarniętej kryzysem Hiszpanii to nie fanaberia? A może próba wyzwolenia się od strachu związanego z nieposkromioną chęcią posiadania? Pewne jest, że Mira zostawił co najmniej jeden ślad – w mojej pamięci.

Domy w Granadzie i na Goa dzieli długość geograficzna, warunki, osobowości gospodarzy. Łączy couchsurfing. Takich miejsc są tysiące. W jednych uprawia się wrestling z panem domu, w innych idzie na migdałobranie, a w niektórych nie robi się niczego niezwykłego. Każdy z tych domów jest otwarty i pozwala wejść wprost w pulsujące życie miejsca, które dzięki temu przestaje być tylko zbiorem landszaftów i punktem na mapie.

IMGP5348


Jak to działa?

Couchsurfing.org (od ‘couch’ – kanapa i ‘surfing’, a więc ‘surfowanie po kanapach’) to portal, dzięki któremu możemy znaleźć w miejscach, do których podróżujemy, osoby chcące nas gościć. Wystarczy zalogować się na stronie, uzupełnić profil (to ważne, jest on bowiem potwierdzeniem naszej wiarygodności), znaleźć couchsurferów w danym miejscu, wysłać zapytanie i czekać na pozytywną odpowiedź.

Z couchsurfingu korzystają zarówno podróżujący, jak i ci, którzy zapraszają przybyszów w swoje (czasem skromne, czasem nie) progi. Nie ma obowiązku rewanżowania się – zwykle goszczący nie planują wybierać się z rewizytą. Czego więc oczekują w zamian? Najczęściej miłego towarzystwa, ciekawych historii, opowieści o innych krajach. Miłym gestem wyrażającym wdzięczność wobec gospodarza może być np. przygotowanie kolacji czy pomoc w pracach domowych. Jednym słowem, warto dać coś od siebie, a gospodarz na pewno to doceni. A czego, oprócz łóżka, możemy się spodziewać? Warunki mogą być bardzo różne. Właściwie nawet łóżko nie jest pewnikiem. Gospodarz może poświęcić nam całą swoją uwagę, oprowadzić po okolicy i organizować czas, ale może także spotkać się z nami tylko w przelocie na krótką rozmowę. Jednoznacznej etykiety nie ma.

Czy to bezpieczne? Zatrzymujemy się przecież u nieznajomej osoby, często w obcym kraju… Nie zetknąłem się nigdy z żadną niebezpieczną sytuacją, a spotkałem, jako gość lub gospodarz, kilkudziesięciu couchsurferów. W utrzymaniu bezpieczeństwa pomaga system referencji – każdemu spotkanemu couchsurferowi możemy wystawić opinię, pozytywną lub negatywną. Im więcej pozytywnych referencji – tym pewniejszy couchsurfer.

Jak wystartować? Na początku może być pod górkę – użytkownik bez referencji jest przecież niewiadomą. Aby ułatwić sobie start, najlepiej jest wybrać się na lokalne spotkanie couchsurferów. Niemal w każdym mieście istnieje mniej lub bardziej prężna społeczność, która spotyka się cyklicznie. To świetna okazja do nawiązania pierwszych znajomości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *