Praga – jej hospody, anioły i oko Jana Žižka

Pragą zachwycają się wszyscy. Bezdyskusyjnie olśniewa Mostem Karola, uwodzi Małą Straną i jej romantycznymi uliczkami, zachwyca malowniczą Dzielnicą Żydowską. Ale dla mnie prawdziwym odkryciem okazały się praskie hospody. Romantyczny długi weekend majowy przerodził się w kulinarną wyprawę na miarę argonautów, a raczej gastronautów. Po 5 dniach wiem, że zwiedziliśmy najpiękniejsze zabytki Pragi. Te wpisane na listę Unesco i te które znajdują się na nie pisanej liście dziedzictwa kulinarnego. U Zlateho Tygra, U Cerneho Vola, U Medvidku a nawet przereklamowane i mocno turystyczne U Fleku.

Pierwszym odkryciem na mapie gastronomicznej była Hospudka na Schodech. Uroczo położona, ukryta przed zwykłym turystycznym szlakiem, zachowana jak kadr z filmu. Czeskiego filmu, oczywiście. Penetracja czeskiej kuchni kosztowała wiele wysiłku nasze żołądki, przełyki i resztę “flaków”. Mogę jednak z całą stanowczością powiedzieć za Edith Piaf “Non Je Ne Regrette Rien”. Praga 2009-10Lekkość czeskiego piwa koi zmysły. Kuchnia perfekcyjnie umyka zaszufladkowaniu. Ciężka? Nie, treściwa. Bez polotu? Raczej bez pretensji. Nie umknęły mi bramboraky, gulasz piwny, houskove knedliczki czy vepro-knedlo-zelo. Pod tą ostatnią kryje się wieprzowina z kapustą i knedlikami. Kminkowe aż do szpiku kości. Same knedliky pozostawiły mnie w gąszczu wątpliwości. Co zresztą wolę. Houskove (bułkowe), bramborové (ziemniaczane) czy obycejne (tak, tak zwyczajne). Wiem jedno na 100%, muszą być w towarzystwie gulaszu. W wywiadzie dla Zwierciadła Gaba Kulka powiedziała “W Pradze cudowne jest to, że jesteśmy nie u siebie, a czujemy się, jakbyśmy byli u siebie”. Całkowicie się z nią zgadzam.

Praga jest bardzo tajemnicza. Potrafi śnić się nocami. Pamiętam potem ze snu zapach świeżo skoszonej trawy, przejrzyście niebieski kolor nieba. Podobno miasto zbudowano na granicy wszechświatów. Tak, Praga jak żadne inne miasto nadaje się na takie właśnie miejsce. Znacie legendę o Golemie? Potworze z gliny, który chciał mieć serce? Magiczna. Równie intrygująca jest wizyta U Zlateho Tygra. Jako szczęśliwcy trafiliśmy na wolne miejsca, losem na loterii było sąsiedztwo małżeństwa polsko-czeskiego mieszkającego w Pradze od dwóch dekad. Dzięki tej znajomości obsługa nie traktowała nas jak turystycznego dopustu bożego. Mogliśmy cieszyć się rozmową, łykać atmosferę jak lekki pilzner. Lokal należy do symboli Pragi, bowiem bywał tu osławiony Bohumil Hrabal. Ale nie tylko. Jest kwintesencją praskości. Tego specyficznego sposobu patrzenia na świat i życie.

Na stole kelner stawia kolejne kufle piwa odznaczając na małej karteczce następną kolejkę. Zakochana w pivnym syrze nie umiem odmówić sobie doskonałości kompozycji. DSC06102Czesi doprowadzili do perfekcji sztukę przekąsek piwnych. Tak jak Hiszpanie tapasy do wina. Tak jak Polacy przekąski do wódki. Rozgniatam miękki ser z papryką, mieszam z cebulką i musztardą, podlewam odrobiną piwa, aby się wymieszało. Aromatyczne w nosie i intensywne w smaku. Do moich ulubionych piwnych przekąsek zaliczają się utopence i hermelin. Marynowane, blade serdelki z papryką i cebulą wyglądają, jak prawdziwe topielice zaplątane w rośliny na dnie jeziora. Brzmi koszmarnie? Ale jak smakuje. Niebiańsko. Ser w typie camemberta wrzucony w oliwę wraz z rozmarynem, jałowcem, czosnkiem i tymiankiem, posypany grubo ostrą papryką to hermelin. Brzmi równie dobrze co smakuje. Dyskusyjne dla niektórych z uwagi na zapach olomoucke tvaruzky to elita smakołyków piwnych. Salceson w occie zaskoczył, bo podobnie podawała go moja Baba Jaga. Zdziwiona tym odkryciem wychyliłam kolejny kufel za jej zdrowie.

I czy ktoś wątpi, że życie jest piękne?


Bezdyskusyjna okazała się wyprawa na Żiżkov. Chcąc poznać życie prawdziwych ludzi trzeba spróbować włączyć się w ciąg ich codziennych zdarzeń. My w pogoni za prawdziwymi Prażanami spotkaliśmy czeskie anioły. Przy piwie oczywiście. Dzielnica Żiżkov przypomina warszawską Pragę, a może i Wolę. Nie tylko ze średnio wyględnych budynków, ale i innego podejścia do czasoprzestrzeni. Zero gości w garniturach, zero turystów, zero pośpiechu. Serce mikro-świata to lokalna hospoda. Praga 2009-98My trafiliśmy do U VYSTŘELENYHO OKA. Oko od którego pochodzi nazwa szacownego lokalu to to, które stracił sam Jana Žižka, wódz husycki. Na szczęście, bo miałam wątpliwości co do intencji lokalnego kolorytu. Czuliśmy się jak jednorożce, gdy przekroczyliśmy próg. Przez krótką chwilę stanowiliśmy centrum zainteresowania stałych bywalców i bardzo charakterystycznego kelnera. Gdy zamówiliśmy jedzenie i piwo, lekko udało nam się wtopić w otoczenie.

Gdy tak siedzieliśmy śmiejąc się, jedząc, rozmawiając w oparach dymu, przy stoliku pod oknem zobaczyłam sześć niezwykłych postaci. Od dyskusji aż zaparowały obok nich szyby, pochłaniali przystawki zapijając je kolejnymi kuflami piwa. Co raz rozprostowywali skrzydła. Białe jak śnieg. Anioły. Praskie Anioły. W hospodzie na Żiżkovie. No a gdzieżby indziej?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *