Od Manna do Barcisia, czyli slow spacer nasz rodzinny

 

No cóż, w roku 2015, w XXI wieku, współpracując przy tym z life stylowym portalem o nazwie Slow Poland, nie wypada sobie tak po prostu iść na… sobotni spacer do lasu. Stąd nieco ponowoczesny tytuł artykułu, model 2.0. Ale – żarty na bok. Oto najzwyklejszy letni tekst o najprostszym i ekonomicznym sposobie spędzenia wolnego dnia. Idealnym dla rodzin, zwłaszcza tych, co już po urlopie. A dzieci wszak piszczą: „chodźmy gdzieś!”. Mowa, rzecz jasna, o dzieciach od małego uczonych, że przestrzeń wirtualna i gadżety elektroniczne to nie cały świat. Bo świata lepiej poszukać za oknem. Nie bierzemy samochodu. Ani tabletu i smartfona. Ani powszednich problemów. Tym razem nawet rowerów ani hulajnogi dla pociechy (piachy w lesie!). Bierzemy rodzinę, zwierzę domowe – jak jest, wałówkę, sporo picia oraz – jako jedyne urządzenie – aparat fotograficzny. I ruszamy na podstołeczną wędrówkę.

W pogodny sobotni poranek lata, wyspani i nastawieni na brak pośpiechu, docieramy na pętlę autobusową Żerań FSO. Mimo nazwy jest zlokalizowana koło Elektrociepłowni Żerań, nie przy sąsiedniej upadłej fabryce aut. Którąś z podmiejskich „siedemsetek” kursujących do Nieporętu, Białobrzegów czy Ryni jedziemy do przystanku Długorzeczna na granicy Warszawy, w miejscu gdzie ulica Płochocińska zmienia nazwę na Jana Kazimierza. To już gmina Nieporęt, a nazwa szlaku nawiązuje do myśliwskiego dworu ostatniego z polskich Wazów, odkrytego niedawno na terenie nieporęckiej szkoły. Nie musimy kupować biletów na drugą strefę. Posiadacze Warszawskiej Karty Miejskiej (WKM) będą z tego szczególnie zadowoleni. Wysiadamy przy stacji benzynowej Statoil, gdzie można uzupełnić napoje i zjeść np. hot doga, by oszczędzić kanapki „na potem”. Nie ma tu masy bilbordów i hurtowni, zamętu i hałasu typowych warszawskich pograniczy, takich jak przy sąsiednich wylotówkach na Legionowo czy Radzymin. Szosa na Nieporęt jest w strefie podmiejskiej nadal stosunkowo sielska, mało zurbanizowana, podobnie jak np. na Stare Babice czy Truskaw w rejonie Puszczy Kampinoskiej. Może wynika to z drugorzędności takich „slow dróg”?  

Zaczyna się około 4-kilometrowa polno-leśna wędrówka, którą zamierzamy przeprowadzić w ślimaczym tempie. Zaiste, żaden to dystans. Dzieci nie powinny zanadto marudzić, że bolą nóżki, chcę siusiu itd., pies sobie chętnie pobiega, ale już kota lepiej nieść za pazuchą. Punktem startowym jest leżąca na granicy miasta wieś Michałów-Grabina, końcowym – urokliwe osiedle Choszczówka, należące już do warszawskiej Białołęki, ale sielankowe, otoczone lasem. W Choszczówce jest stacja kolejowa, stają tam SKM-ki i Koleje Mazowieckie. W obu obowiązuje WKM. Jest tam także pętla autobusowa. Oznacza to, że i stamtąd wrócimy komunikacją miejską, bez żadnych ekstra kosztów.

Specjały z Grabiny kolaż

Przy tablicy z napisem „Michałów-Grabina”, ale wciąż na stołecznej ulicy Płochocińskiej numer 195, wita nas „graniczny” miejsko-wiejski sklepik sieci „Specjały Regionalne”. Słowo „sieć” kojarzy się nie najlepiej w kontekście handlu, ale wewnątrz zapraszają liczne smakowite na oko specjały slow food. Wybieramy na wieczór buteleczkę cydru gruszkowego firmy Kamron (okazał się pyszny!) i maszerujemy dalej na zachód, po obu stronach uliczki Przyrodniczej mając miłe domkowe kompleksy. Jest jeszcze sklepik spożywczo-przemysłowy „Grabinka”, ostatnia forpoczta cywilizacji. Po 600-700 metrach kończy się Przyrodnicza, a Grabina zmienia charakter z ogrodzonego deweloperskiego osiedla na luźno rozrzuconą „warszawską wioskę”. Nie ma tu już prawie zupełnie rolników, choć ocalało pokaźne stadko fotogenicznych krów. Dominują rezydencje dobrze sytuowanych mieszczuchów, spragnionych ciszy i zieleni. Wśród mieszkańców, żadna to tajemnica, znajdziemy Tomasza Raczka, Wojciecha Manna, Jerzego Kryszaka, Krzysztofa Daukszewicza czy Michała Żewłakowa. Pan Mann chwalił się nawet w jednym z wywiadów, że z okna może się pogapić na wspomniane krasule. Pozazdrościć…

Grabina warzywa

Można teraz skręcić w lewo lub w prawo, na południe lub na północ, w uliczkę Kwiatową, główny kręgosłup dawnej wsi Grabina, w której około połowy XIX wieku osiedlili się ewangeliccy koloniści niemieccy, wysiedleni stąd i z okolicznych wsi przez władze hitlerowskie po roku 1940 i przeniesieni do Wielkopolski. Pozostali nieliczni, jak sołtys Heller zza lasu, z nieodległej Choszczówki, który ponoć nie utrudniał życia AK-owcom. Droga ku południowi, po ponownym odbiciu na zachód, w uliczkę Leśną, doprowadziłaby nas do wiejskiego warzywniaka, gospodarstwa ogrodniczego z pysznymi warzywami na sprzedaż. Dalej – leśnymi duktami do celu wycieczki – Choszczówki. Trakt w prawo, obok malutkiej stadniny koni i zarośniętego cmentarzyka niemieckiego, do wsi Józefów znanej głównie ze schroniska dla psów lub, po skręcie na zachód w uliczkę Żywiczną i wdrapaniu się na wysoką wydmę – północnym wariantem leśnej trasy również do Choszczówki. Te wysoczyznę, kiedyś łysawą i fundującą oczom znakomitą panoramę okolicy, moja mieszkająca w Choszczówce Mama nazwała w dzieciństwie Bardzo Smutnym Miejscem. To stamtąd aż do Września – a ponoć i potem – schodziła regularnie w dół z bańkami, po mleko od krówek z Grabiny. Krasule nie przejmowały się Führerem, ich właściciele… cóż, z tym bywało różnie. Jednak my, nolens volens, a może z wyższej krajoznawczej potrzeby naśladując szlak bojowy I Frontu Białoruskiego z jesieni 1944, atakujemy prosto na zachód, koło stada krów, na leśny przysiółek Zielony Zagajnik i dalej, w ogólnym operacyjnym kierunku na Choszczówkę, linię kolejową, szosę modlińską i Wisłę.

wedrowka przez grabine

Temat niezbyt do śmiechu, wiem, ale takie właśnie miałem skojarzenia, wybierając przedzieranie się wprost do lasu, przez malownicze łany zboża i cieniste brzezinki lub sośniaki. Może dlatego, że koło stacji w Choszczówce mieszkała od przedwojnia moja rodzina, idealnie na linii ognia… To tędy w październiku 1944 poszło natarcie, które w krwawych walkach z Dywizją Pancerno-Spadochronową „Herman Göring” niemal starło z powierzchni ziemi okoliczne osady. Rejon obecnej północnej Białołęki, wtedy pozawarszawski, stał się de facto pustynią, a lasy spalonymi kikutami pni. Nasze siedlisko także przestało istnieć, a plac dziadkowie sprzedali za bezcen. Dzisiejsza dzielnica Białołęka nie ma szczęścia do historii, w końcu to tu stoczono krwawą „pierwszą bitwę warszawską” ze Szwedami latem 1656 roku, tu walczono zażarcie w dobie napoleońskiej. Zostawmy wszakże te przykre konotacje i wracajmy do sympatycznego realu A.D. 2015.           

w zielonym zagajniku 1

Po rodzinnej sesji fotograficznej w „złotych sierpniowych łanach zbóż”, obejrzeniu stada łaciatych krówek, z których Grabina słynęła od zawsze jako źródło mleka i jego przetworów dla okolicy, a także brykających za płotem stadniny koników, weszliśmy w podleśną gęstwinę i… odkryli Zielony Zagajnik. Tak, słowo odkrycie nie jest przesadą – choć o istnieniu osady wiedziałem z map i zdjęć satelitarnych. Podobnie urokliwych miejsc, ukrytych na styku pól i lasów, nie ma pod Warszawą zbyt wiele. I znów chciałoby się westchnąć: pozazdrościć…

Zanurzeni w las, wspięliśmy się na potężną wydmę, jedną z wielu w Lasach Białołęcko-Legionowskich, odbijając mocno na południowy wschód. Chcieliśmy „na azymut” dotrzeć do wspomnianego wyżej wiejskiego warzywniaka i kupić sezonowe pyszności z ogródka, bez ołowiu ze spalin, konserwantów, GMO i innych paskudztw. Niestety… Właściciele udali się na zasłużony urlop i do drugiej połowy sierpnia o pomidorkach i ogóreczkach z Grabiny możemy tylko pomarzyć.

wydmy i lesne drogi

Skręciliśmy więc ponownie na zachód, na główną leśną drogę łączącą Grabinę z Choszczówką. Obok biegnie linia średniego napięcia, mało atrakcyjna widokowo, więc rychło odbiliśmy w lewo, w gęsty las, i gdzieś na granicy wsi Michałów-Grabina i Miasta Stołecznego Warszawy, dzielnicy Białołęka, obszaru Białołęka Dworska – urządziliśmy piknik. Najwyższy czas! Z północy na południe lasy przecina tutaj malowniczy wał wysokich, piaszczystych wydm, ciągnących się aż po Legionowo, czyli po kres zwartych sosnowo-brzozowo-dębowych ostępów, ozdobionych jałowcami i licznymi wrzosowiskami. Jesienią cały leśny obszar – od murów osławionego więzienia białołęckiego na południu po Legionowo na północy – zajmują kohorty zbrojnych w koszyki grzybiarzy, przyjeżdżających także z centralnej Warszawy. Grzbietem łańcucha wydm, nieustępującego podobnym atrakcjom z Puszczy Kampinoskiej, suną biegacze, jadą rowerzyści crossowi, spacerują zakochani i oczywiście liczne psy, prowadzące swych opiekunów. Przecież nie na odwrót…  

Po relaksie, posiłku, uzupełnieniu płynów w organizmie i krótkiej drzemce, wyruszyliśmy wydmami w stronę celu, który osiągnęliśmy po ponad kilometrze leśnego spaceru, licząc od granicy pól i lasów. Pierwszymi spotkanymi zabudowaniami Choszczówki były domki tak zwanego niegdyś Różopola, formalnie zaliczanego do Białołęki Dworskiej, oddzielonej od Choszczówki z grubsza kilometrem lasu i leżącej bardziej na południe. O tej drugiej osadzie napiszemy przy okazji. To założone w latach 30. XX wieku na ziemiach należących podówczas do Rejów osiedle, znakomicie i nowocześnie rozplanowane w stylu… żoliborskim, jest godne osobnej wyprawy. Żoliborz w lesie? To musi intrygować. Teraz jednak wracamy do Choszczówki, tzn. – już w niej jesteśmy.

choszczowka

Końcowym akordem wyprawy jest ponadkilometrowy przemarsz przez śliczną Choszczówkę, zabudowaną wyłącznie domkami z ogródkami i ściśle opasaną lasem. Także tu mieszkają znane osobistości, np. aktorzy – wielki miłośnik swego miejsca na ziemi Artur Barciś czy jego koleżanka po fachu Anna Samusionek, literaci, artyści, architekci, przedsiębiorcy itp. O początkach osady i żyjącej tam ongiś mojej rodzinie już na tych łamach pisałem, ograniczę się więc tylko do finału ekspedycji. Obowiązkowym punktem zamykającym wycieczkę w te rejony jest wizyta w lokalu o nazwie Dziki Zakątek. Wygląda tak, jak się zwie – jak drewniana, kryta strzechą karczma pod lasem. Przy niej – rozległy letni ogródek. Wewnątrz – kominek na ostre zimy. Uroczo, przyjaźnie – polecam! Wzmacniający kufel piwa, znakomity obiadek, może kawa na deser i… I drugi obowiązek. Tuż przy stacji kolejowej Warszawa Choszczówka rzut oka na dawną rodzinną działkę, od 1945 roku w rękach nowych właścicieli. Tu zaś zaskoczenie: wytrzebiono piękną akacjową gęstwinę, od wielu dekad porastającą narożnik Piwoniowej i Kłosowej! Czyżby ktoś szykował się do grubszej inwestycji? Cóż, oby tylko Dziadkom, Mamie i Cioci – raczej ich opiekuńczym duchom – nie zafundowano w tym bajkowym uroczysku czegoś niezbyt bajkowego. Poczekamy, zobaczymy. Ładny domek czy np. stylowa piekarenka z ciastkami i kawą nie zaszkodzą. A teraz – dwa kroki na peron i już wita nas klimatyzowane wnętrze podmiejskiej kolejki. Po osiemnastu minutach (!) jazdy jesteśmy na Dworcu Gdańskim, z którego szczęśliwi i zdrowo zmęczeni docieramy do upragnionego domu, który cieszy nas bardzo, czego nie robiłby wcale, gdybyśmy go co jakiś czas nie opuścili.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *