Narcyzy od Narcyzy

 

Któż nie chciałby zostać obdarowany bukietem przez damę, noszącą w dodatku wonne kwiatowe imię? Pytanie retoryczne. A ja miałem szczęście taki bukiet otrzymać. Randek z Narcyzą było… ach, mnóstwo. Nasz romans – raz kozie śmierć, wyjawię wspólny sekret – trwał przez cztery długie lata.

 

Mój związek z warszawskim XV Liceum Ogólnokształcącym im. Narcyzy Żmichowskiej zdarzył się w najpogodniejszym bez wątpienia czasie minionej epoki: w pierwszej połowie lat 70. XX wieku. Taka koincydencja musiała przynieść pozytywne skutki, a określenie „szczęśliwa młodość”, choć wówczas dla buntującego się nonkonformisty problematyczne, po latach wydaje się i tak umiarkowane, blade, nieoddające tamtej euforii. Wczesny Gierek… Dekada panowania Edwarda Rozrzutnego ma wyraźną cezurę na półmetku, zatem dla mnie kryzysowa bryndza i polityczne konwulsje przyszły dopiero na studiach – to temat na osobną opowieść – w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 1975-79. A liceum? Z dzisiejszego punktu widzenia to był raj.

Oburzą się może niestrudzeni strażnicy poprawnej czujności: jak to? Czyż w latach 1971-75 nie było więźniów politycznych? Czy nie gnębiły nas PZPR-y, KPZR-y, ZSRR-y i inne wredne „ery”, o „erelach” już nie wspominając? Tak, to wszystko prawda. Także to. Pamiętam doskonale antysystemowe boje z panią od PNoS – osławionej propedeutyki nauki o społeczeństwie, klasowe dyskusje z udziałem nauczycieli, tak śmiałe i bezkompromisowe, że niejednego by dziś zatkało. Albo by zwyczajnie nie uwierzył. Wtedy? Jakaś ściema, nikt tego nie sprawdzi! Przecież zgniliby w poprawczaku, rodziców wyrzucono by z pracy i przydziałowych mieszkań. A jednak tak było. Nie tylko wskutek względnego poluzowania śruby po Grudniu’70, ale po prostu – było. Owszem, poza licealno-młodzieńczym edenem bywało paskudnie, wiadomo. Lecz słów o małym paradyżu na ulicy Klonowej nie wycofam.

XV Liceum Ogólnokształcące im. Narcyzy Żmichowskiej (4)Wróćmy zatem do naszej rajskiej Narcyzy. Genealogicznie XIX-wieczna, nieco demodée w warunkach gierkowskiego realsocu, była jak staroświecka pani przeniesiona w inny czas i brnąca przezeń dumnie, na przekór dość plebejskiemu entourage’owi. Jednak jako przywódczyni Entuzjastek, wybiegająca śmiało ku przyszłości prekursorka feminizmu, dawała – jak mawia „ta dzisiejsza młodzież” – radę. Może nawet „zdanżała” i „ogarniała”.

Nim powrócę pamięcią do co barwniejszych kwiatków – owych po trosze egocentrycznych, po trosze egzotycznych, ale zawsze ekscentrycznych narcyzów od Narcyzy – wspomnę o tzw. ciele, często gęsto równie narcystycznym co tameczna młódź. Ciało pedagogiczne, niekoniecznie zaraz rodem z Syzyfowych prac czy Ferdydurke, do dziś straszy wielu z nas po nocach, więc z odtworzeniem zarejestrowanych w głowie migawek z lat szkolnych na ogół nie mamy kłopotu. Oj, narażę się pewnie, ale jakże tu bez nazwisk – a wszak znaczna część ówczesnego korpusu dydaktycznego już tylko duchem nawiedza nasz świat, co owe nocne zmory tłumaczy jeszcze lepiej. Myślę dziś jednak o „ciele” en bloc rzewnie i nostalgicznie, właściwie bez wyjątków (no może), więc niechże mi będzie darowane. Nie straszcie!

W pierwszej klasie sympatię wzbudził młody ambitny polonista Jacek Bonikowski, animator kółka teatralnego i poruszyciel serc co poniektórych uczennic. Ich wszakże personalia pominę, a dotarłbym niechybnie i do znakomitej krytyczki filmowej, i nie tylko. Potem uczyła nas polskiego nieoceniona pani Barbara Luftowa, matka Bogusława i Krzysztofa, znanych ze świata mediów, lecz pan Jacek przyciągał dalej jak magnes. Już w III klasie, w 1973 roku, przygotowałem na jego prośbę dość kulawy scenariusz widowiska Lux in tenebris na dwustulecie Komisji Edukacji Narodowej (rany, co za solenne nudy), wzbogacony ratunkowo o wierszowane wstawki literackie przez emerytowaną polonistkę, panią Michałowską (rany, jakie to się stało wartkie i zabawne). Z jej wnukiem Jackiem Michałowskim, bardzo zdolnym aktorsko, graliśmy szlachetków-warchołów, oburzonych podstępnymi knowaniami wrednych oświeceniowców. Precz z parszywym postępem! Wiwat pijaństwo i hulanki! Won z nauką, z podejrzanymi nowinkami filozofów i libertynów (notabene również tęgich huncwotów). Jednym z naszych adwersarzy był Chudy Literat grany przez Grześka Lindenberga. Dzieło zdobyło jakąś ważną nagrodę w konkursie szkół, a my, przebrani w stroje, z szablami i księgami, w żupanach lub fraczkach, walcząc flaszką lub fraszką – zależnie od roli – graliśmy je potem spontanicznie tu i tam, nawet, ku zdumieniu strażników, przed pałacem króla Stasia w Łazienkach. Pozdrawiam dziś z oddali Jacka, pełniącego u boku Prezydenta (zresztą, dla odmiany, wywodzącego się z „naszego” Instytutu Historycznego) ważną funkcję. Grzegorza, obecnie znanego człowieka mediów, również. Jak to „Żmichowska”. Jeden akapit – i same tuzy. A iluż kolegów, ile koleżanek z jednego tylko kółka teatralnego pominąłem. Wybaczcie, zbyt szczupłe łamy.

O ekscentrycznym fizyku Henryku Katryczu, narcyzie rangi Newtona, pisaliśmy absurdalne, a czasem okrutne – przepraszam po latach – wierszyki, bo nijak nie pojmowaliśmy jego zakałapućkanych wzorów. Lufy sypały się gęsto, jak wyroki sir Isaaca na fałszerzy monet w Tower. Nazwisko starszej historyczki, pani Heleny Szałkowej, nękającej nas morzem dat i faktów, przerabialiśmy na sto podłych sposobów. Wymyślaliśmy nieistniejących autorów rzekomo przeczytanych opracowań. A fe! Nie przeszkodziło mi to wystartować – z sukcesem, nie powiem – w I olimpiadzie historycznej w 1975 roku. Studia były w kieszeni, matura praktycznie też. Siedzący ze mną w ławce Piotrek Bakal, obecnie wybitny poeta śpiewający, bard, który dzięki imponującej brodzie mógł wówczas uchodzić za Longobarda, orzekł wtedy krótko i celnie: „Od dziś będziesz prowodyrem w zaprawianiu”.

XV Liceum Ogólnokształcące im. Narcyzy Żmichowskiej (3)Z Piotrkiem, Darkiem Kowalskim, Krzyśkiem Gawrychowskim (dziś znanym ginekologiem) i Zbyszkiem Zagórowiczem tworzyliśmy nieformalną Grupę Pięciu, o profilu alkoholowo-erotyczno-artystycznym, konkurencyjną dla grupy tzw. bananowców, czyli dzieci z placówek zagranicznych, arcynarcyzów szpanujących płytami Led Zeppelin czy Deep Purple i super ciuchami. Moja mama, trochę myląc nazwiska, trochę żartem, przestrzegała mnie przed zgubnymi skutkami zadawania się z „Wyborowiczem, Zagrychowskim et consortibus”. Fakt, przewin było co niemiara. Z Piotrem pisaliśmy wiersze o wódce i dziewczynach, budząc w sobie zew ku Muzom i tworząc pierwszy zrąb literackich dokonań. Z Darkiem przepiłem raz tenisówki, i to pod ambasadą radziecką. Z Krzyśkiem w barze Grodzki na Podwalu paliłem śmierdzące pseudocygara Pro Patria. A Zbyszek… Z racji warunków fizycznych – blond, wysoki, zdecydowany nordyk – budził lęk u starszych pań. Cóż, droga Grupo, chyba nie zabijecie mnie za te szczegóły sprzed ponad 40 lat? Pamiętam oburzenie klasowych prowodyrów, gdy Krzysiek, czołowy przystojniak, „wyjmował” kolejno bananowcom najlepszy „towar”. Nie, nie chodzi o płyty… Zmilknę, bom niepoprawny, a feministyczne harpie, notabene pokłosie Narcyzy i jej Entuzjastek, czuwają. Najmilej chyba wspominam piwne i turystyczne eskapady z Darkiem, zwanym w Grupie Prezesem, ze słynnym Tour de Małopolska na czele, kiedy to zamiast wycieczki szkolnej wybraliśmy rowerową włóczęgę. Darek nie mógł przeboleć upieczonego przez moją mamę kurczaka, zapomnianego w piwnicy w trakcie tajnych przygotowań (rodzice znali wersję oficjalną – o wycieczce). Ani noclegu na wyrwanych z futryny drzwiach w zimnej, zrujnowanej knajpie Staropolska w Kazimierzu nad Wisłą, gdy tuż obok zapraszał pensjonat słynnego pana Michalskiego, znającego „niestety” moją rodzinę. Zbrodnia nie miała prawa wyjść na jaw, przynajmniej przed powrotem „z wycieczki”.

Z innym Piotrkiem, Jaworskim, dziś obrońcą zwierząt, wydzwanialiśmy na wagarach do przypadkowych drzwi, pytając, czy nie mieszka tu aby Wezuwiusz, Witruwiusz czy, dajmy na to, Wenerabiliusz Mańkowski. Chodziło o naszego matematyka, którego imię było zbyt zwyczajne i postanowiliśmy mu pomóc, by biedak nie popadł w zapomnienie. Ten sam Piotrek towarzyszył mi w akcji podkładania pod koła pociągów na moście kolejowym w Modlinie (wagary w wersji wiosennej) zeszytów od ZPT, uprzykrzonych zajęć praktyczno-technicznych, na których kolega Michał Goliński, klasowy intelektualista, wyprodukował „koromysło do strepacji leszu”, wprawiając belfra Agenora Kostkę (dodawaliśmy: Gołuchowskiego, vide – namiestnik Galicji w XIX w.) w osłupienie. Żeby było ciekawiej, Piotrek okazał się kumplem z podstawówki mojego późniejszego druha ze studiów Jurka Socały – redaktora Slow Poland, tak, tak – z którym z kolei (znów koleje) jeździli (znów jazdy) windami po calutkiej Warszawie. Czyżby wymyślili Wenantego Mańkowskiego? I czy ich dopadli? Nas z Piotrkiem raz – gdy przy fortepianie w auli odgrywaliśmy scenę samobójstwa Marka Antoniusza w wymyślonej ad hoc, nigdy nie napisanej sztuce Droga z Akcjum. Zamiast do Tworek odstawili nas z powrotem na matmę. Prócz KEN i klasyki na warsztat wziąłem też u Narcyzy kryminał w stylu „angielskich” produkcji czwartkowych TV, znanych jako Teatr Kobra. No cóż, przepadło toto, jak dziesiątki „potworów” literackich z tamtych lat, w tym wierszy tzw. hormonalnych. Ale nie żałujmy wczesnych, wysoce narcystycznych dzieł. To podglebie, nawóz, na którym coś czasem w przyszłości kiełkuje.    

Do legendy szkolnej przeszły też „jaja” na WF-ie. Uczył nas pan Jerzy Noszczak, potem znany trener szczypiornistów. Drwiliśmy zeń niemiłosiernie (przepraszamy), a fraszki i limeryki o WF, ZPT czy PNoS zapełniły niejeden tajny zeszyt. Wkurzała nas, przyznam, pani od rosyjskiego, ale nazwiska nie wymienię. Za zachwyty, ba! bezkrytyczne pienia nad radzieckimi cudami. Bardziej jeszcze za słabo maskowaną hipokryzję. Bawił nawiedzony chemik, pan Berezecki, narcyz i świr jakich mało. W inny sposób „bawiła” zapierająca dech w piersi „chemica” Ingrid Livius-Kozak, autentyczna Szwedka o urodzie i seksapilu Agnethy Fältskog z grupy ABBA. Dręczyły surowe, wymagające romanistki, kolejne dyrektorki, dyrektorzy i wice-, męczyła fizyczka, pani Jadwiga Jantar, zmuszając do kucia fizyki po francusku, a był to wszak język szczególnej troski u Narcyzy. Katował łacinnik, pan Zdzisław Warmt, uroczy de facto jegomość o aparycji przedwojennego ultrabelfra, którego spotkałem na uniwersyteckim lektoracie, gdy zastępował chorą córkę. To był szok! Dopadł mnie, co za traf! Niech Pan śpi spokojnie, Panie Zdzisławie, niedawno dostrzegłem Pański grób na cmentarzu luterańskim… A przez panią Jantar (nie mylić z piosenkarką Anną, w której ten i ów wtedy się podkochiwał) miałem po I klasie poprawkę z fizyki i w Kazimierzu Dolnym, miast zgłębiać tajniki anatomii pewnej blond Doroty z Lublina (te wspomnienia nie dadzą spokoju!), miast wgryzać się w jej… hm, zostawmy – zgłębiałem prawa mechaniki, wgryzając się w kościstego, nieapetycznego Newtona. Żeby chociaż w ulubione przez autora Principiów kotlety.

Jacek Kaczmarski - tablica na murach XV LO N. ZmichowskiejChyba dość o tamtej stronie katedry. Na wzmiankę czeka jeszcze grono nie byle jakich narcyzów zmuszanych przez „ciało” do pobierania nauk. Był wśród nich Marek Kotarski, obecnie ponoć wzięty prawnik, z którym po III klasie zwiedziłem niemal całą Polskę autostopem. Był Marek Witek, klasowy „sekspert” (ja też mogłem opowiadać, do woli). Była Joasia Skórnicka, czołowy intelekt damskiej części klasy, dziś iberystka i wybitna redaktorka literatury. Nie mogę pominąć TW, tak, tutaj dam tylko inicjały. I nie chodzi o „takiego” TW, o nie! Cóż, kochałem się w niej na zabój i platonicznie, jak to w liceum. To do niej była adresowana niemal cała „hormonalna” wierszowana lichota. Jedynie na wakacjach pojawiały się konkurencyjne adresatki. Był Grzesiek Rogala, potem offowy filmowiec. Był Tadek Brudzyński, później ciekawy malarz, zmarły przedwcześnie na emigracji, tak jak już kilkoro spośród koleżanek i kolegów. Ciekawe kwiatki oferowała Narcyza poza naszą klasą. Wśród rówieśników bądź o rok starszych lub młodszych kolegów już wtedy wybijali się Paweł Mossakowski, dziś ceniony krytyk filmowy, Marek Goldfinger-Kunicki i nieżyjący już Łukasz Kądziela, przyszli historycy, Piotr Ikonowicz, głośny już wówczas bon vivant, który trafił do nas z liceum Reja – przez co i on także był kompanem kolegi redaktora Jurka Socały. No i rzecz jasna – crème de la crème, młodszy od nas o rok Jacek Kaczmarski. Tak, ten Jacek. Dźwięczą mi do dziś w uszach jego fortepianowe pasaże, wygrywane – ku przerażeniu legendarnych panów woźnych, Jana i Stanisława – na przerwach w szkolnej auli. O Jacku-poecie, Jacku-bardzie, usłyszeliśmy dopiero po szkole, w czasach studenckich. I o tymże Jacku, najpiękniejszym i najdojrzalszym kwiecie spośród szkolnych narcyzów, informuje pokaźna tablica na murach szacownej pani Narcyzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *