Nad Stawy Milickie – cz. II

Want create site? With Free visual composer you can do it easy.

Kocie łby… i kościół

Park Krajobrazowy Dolina Baryczy to nie tylko stawy, lasy i ptaki. To także miasteczka i wsie o kilkusetletniej często historii. I o nich chcę teraz opowiedzieć.

W drugim dniu pobytu w Kaszowie koło Milicza postanowiliśmy zapoznać się z okolicą, słynną ze ścieżki rowerowej zbudowanej w miejscu, gdzie kiedyś jeździła kolejka wąskotorowa. Środkiem naszej lokomocji był samochód. Po przejechaniu kilku kilometrów po dobrym asfalcie, gdy już widać było zabudowania wsi, zmieniła się nawierzchnia drogi. Wjechaliśmy na „kocie łby” – tak kiedyś mówiło się o drodze wyłożonej dużymi kamieniami, często zebranymi z okolicznych pól. Taki niezwykły widok musiałam uwiecznić!

kocie łby

 Kamień polny, niegdyś stosowany zamiast współczesnej kostki to tzw. kocie łby

Przed nami była wieś Postolin. Obiektem witającym wjeżdżającego jest kościół zbudowany w roku 1893, kiedyś ewangelicki, dziś rzymsko-katolicki, filialny, pw. Chrystusa Króla.

Postolin_kościół pw. Chrystusa Króla

Kościół jest starannie odnowiony. Teraz dwóch mężczyzn pracuje nad montażem nowego ogrodzenia placu przylegającego do świątyni. Chcielibyśmy obejrzeć wnętrze obiektu, opisane na tablicy przez pana Ranoszka, ale pracujący nie mają klucza do zabytku. Przechowuje go mieszkanka Postolina, mieszkająca naprzeciwko kościoła, która chętnie pokazuje wnętrze zabytku turystom. Niestety, dziś pojechała do Milicza i nie będziemy szczęśliwcami, którzy zobaczą kościół nie tylko z zewnętrz. Szkoda. Kiedy zwiedzaliśmy miasta i miasteczka południowej i zachodniej Europy w bardzo różnych godzinach wchodziliśmy do świątyń szeroko otwartych dla mieszkańców i turystów z dalekich krajów.

Szukając w Internecie informacji o wsi Postolin natknęłam się na artykuł o parku w tej miejscowości:

Park o powierzchni 5,20 ha założył w latach 60. XIX wieku hrabia Heinrich von Salisch, właściciel lokalnych majątków Postolin i Karmin. Był on dendrologiem i miłośnikiem leśnictwa. Bogactwo drzew nasadzonych w obrębie założenia powoduje, że park bywa nazywany arboretum. W 1945 pałac w centrum parku został zniszczony, pozostały jedynie skromne ruiny. Sam park jest obecnie własnością Nadleśnictwa Milicz.

Przytaczam tu tylko krótką notkę o miejscu wartym obejrzenia. Pewnie przyjedziemy jeszcze raz w te okolice – są tu wciąż nieznane nam fragmenty ścieżki rowerowej, są stawy i lasy, gdzie można spędzić czas wzbogacając wiedzę i nabierając krzepy.

Pracze. Czy tu tylko piorą?

Jedziemy dalej. Kolejna miejscowość na naszej drodze to wieś Pracze. Wyczerpującą notatkę na jej temat znalazłam w Internecie:

Wieś leży w Powiecie Milickim. Oddalona jest około 8 km od Milicza. Z Wrocławiem i Miliczem łączy ją droga, a wcześniej kolej wąskotorowa. W pobliży Pracz leżą takie osady jak Postolin, Sułów, Karminek, Kąsawa i Gruszeczka. W średniowieczu w Praczach dominowała ludność polska, a od XV wieku coraz większą rolę odgrywali napływający tu Niemcy zakładając nowe osady. Po wojnie 30-letniej napływ ten zdecydowanie się zwiększa. Do 1924 roku Niemcy założyli w okolicy 86 osad, w zdecydowanej większości tzw. przysiółki. Same Pracze datują swój początek jako wieś rycerska na rok 1358. Od 1364 należała do dóbr księcia Konrada z Oleśnicy. Od 1666 roku pod względem kościelnym podległa była pod parafię w Miliczu.

Pierwotna nazwa Protsch została w 1931 roku zmieniona przez Niemców na Kiefernwalde. Historia nazwy powojennej to dwa projekty Komisji Ustalania Nazw Miejscowości: pierwszy to Braniewice, drugi – Bródź, zaś finalna nazwa to Pracze. Nazwą Protsch pierwotnie objęte były wieś i majątek, który w 1936 roku uległ parcelacji. Wieś w owym czasie zajmowała powierzchnię 732 ha. Część z jej mieszkańców nosiła wówczas typowo polskie nazwiska: Góra, Machnicki, Nowak. Mieszkańcy osady zatrudnieni byli w rolnictwie, rzemiośle, jak także w gorzelni, młynie, cegielni czy lesie. W 1945 roku, po opuszczeniu wsi przez mieszkańców, została ona zasiedlona przez ludność polską pochodzącą z województw: lwowskiego, poznańskiego, łódzkiego, nowogródzkiego, lubelskiego i stanisławowskiego. Osadnicy ci w 1949 roku zajmowali 56 gospodarstw o łącznej powierzchni 396,41 ha. Dziś raczej na uboczu, stanowi element szlaków turystycznych Doliny Baryczy, choć cieszyć może fakt, że jest projekt odbudowy kolei wąskotorowej na odcinku Pracze – Milicz.

Autor: bonczek/hydroforgroup/2009 na podstawie art. Jadwigi Pawłowskiej “Przemiany w zwyczajach i obrzędowości dolnośląskiej wsi Pracze”; Rocznik Wrocławski 1963-1964

Wieś Pracze_muzeum regionalne Żabi Róg

Zaproszenie do zwiedzenia muzeum regionalnego

Z informacji zbieranych przed wyjazdem, wiem, że w wiosce jest ośrodek Żabi Róg, prowadzący ciekawą działalność. W latach 90-tych w Praczach zamieszkała Bettina Harnischfeger, córka ostatniego pastora z Sułowa. Wraz z mężem prowadzą tu działalność kulturalną, m.in. ucząc dzieci i młodzież języków obcych. W zaadoptowanej stodole odbywają się koncerty, wystawy malarskie i fotograficzne, znalazło miejsce muzeum z historycznymi pamiątkami regionalnymi. Chcemy to wszystko obejrzeć. Podchodzimy do stodoły – wierzeje zamknięte, a zamiast kłódki jest tylko skobel. Wyjmujemy patyk, otwieramy drzwi i wchodzimy do wnętrza pełnego sprzętów i przedmiotów nie używanych od lat.

Wieś Pracze_Żabi Róg

Kuchnia, w której palono drewnem i węglem                       Żelazka: „na węgle” i „z duszą”

Wieś Pracze_Żabi Róg

Cuda techniki – maszyna do pisania                          Maszynka do liczenia dla księgowych

Wieś Pracze_Żabi Róg

Rzeźba – dziecięca zabawka                             Pług – podstawowe narzędzie pracy rolnika

Nacieszywszy oczy przedmiotami znanymi z dzieciństwa, wychodzimy zamykając na skobel stodołę. Po wyjściu z zagrody zatrzymujemy się przy dzwonnicy alarmowej, która pełniła funkcję wieży strażackiej, skąd alarmowano ludność w razie pożaru. Uderzano w dzwony także wtedy, gdy obok przechodził kondukt pogrzebowy, stała bowiem przy drodze prowadzącej na cmentarz.

Wieś Pracze_dzwonnica

Za wsią droga zagłębia się w sosnowy las, o tej porze pełen kwitnących wrzosów.

kwitnące wrzosy

Stąd wyruszała kolejka wąskotorowa

Po kilku kilometrach dojeżdżamy do Sułowa, gdzie na obrzeżach miejscowości znajduje się początkowy przystanek ścieżki rowerowej Sułów – Grabownica.

ścieżka rowerowa_Sułów-Grabownica

kolejka wąskotorowa

Zdjęcie przedstawia pierwsze miejsce postojowe na szlaku prowadzącym po trasie kolejki wąskotorowej. Stojący wagon to przykład taboru jakim jeździli mieszkańcy pobliskich miejscowości do Milicza, Trzebnicy, a nawet do Wrocławia. Stacja w Sułowie jest oddalona od centrum miejscowości, minie więc jeszcze kilka minut nim znajdziemy się w centrum.

Autorzy jednej z książek o tej okolicy nazwę miejscową wywodzą „od staropolskiego imienia Suł” (Sułów to własność człowieka o imieniu Suł. Na pytanie: „Czyj on jest?” padała odpowiedź: „Sułów”). Pierwsza pisemna wzmianka o miejscowości, nazwanej wówczas Zulow, pochodzi z 1351 roku. Nazwę miejscowości w polskiej formie Sulów oraz po niemiecku Sulau wymienił śląski pisarz Józef Lompa w książce „Krótki rys jeografii Szląska dla nauki początkowej” wydanej w Głogówku w 1847. Po II wojnie światowej polska administracja nadała miejscowości nazwę Sulejewo, którą później zmieniono na historyczną nazwę Sułów.

W roku 1775 osada targowa uzyskała prawa miejskie, które, niestety, utraciła po II wojnie światowej (1945 rok). Układ architektoniczny miejscowości wyraźnie świadczy o jej miejskim charakterze: typowy ryneczek w środku miejscowości, z którego rogów odchodzą cztery uliczki, typowe jednopiętrowe małomiasteczkowe kamienice na rynku i przyległych ulicach. Każdy, kto znajdzie się na takim ryneczku nie powie o miejscowości, że to wieś. Ale poczucie turysty nie zawsze jest zgodne z zaklasyfikowaniem administracyjnym miejscowości.

Piekarnia “Familijna” w Sułowie

Zatrzymaliśmy się na ryneczku: wokoło piętrowe domy, dobrze utrzymany skwer z ławeczkami, rabatkami i ozdobnymi krzewami, z boku, przy jednej z uliczek  – ratusz, który dziś jest siedzibą Banku Spółdzielczego w Miliczu. Pierwsze, co zobaczyłam po wyjściu z samochodu, to był szyld: „Piekarnia Familijna”. Znam wyroby tej firmy! W sklepach naszej wsi – mieszkamy w Czarnowąsach pod Opolem – kupuję chleb graham z tą nazwą na firmowej torebce. Chleb jest wyśmienity: smaczny, zawsze dobrze wypieczony. Kiedy zaczęłam go kupować byłam ciekawa skąd jest do nas przywożony, gdzie i kto go piecze. Teraz pomyślałam, że znalazłam miejsce i ludzi od wypieku mojego ulubionego chlebka!

piekarnia familijna w Sułowie

Dwa duże okna wystawowe, na zewnątrz – jak widać – stoliki, krzesełka. Można przysiąść, aby skonsumować kupione tu wypieki. Wchodzimy do środka. Tyle tu rozmaitych chlebów, ciast i ciasteczek, że wchodzący od razu chce czegoś spróbować.

piekarnia familijna w Sułowie

Ekspedientka nie lubi być fotografowana, ale nie broni uwieczniania tego, co widzę na półkach, w gablotach i na ścianach. A tu same ciekawostki.

„Dobry chleb od dobrego piekarza” – to hasło zobaczy każdy stając przy ladzie, by zapłacić za wybrane smakołyki. Ale na ścianach wiszą i inne myśli sformułowane przez psychologów, a może speców od marketingu?

piekarnia familijna w Sułowie

Po przeczytaniu tych wyznań rodzi się chęć poznania ludzi, którzy ze swoją filozofią wychodzą do klientów. Szukam więc w Internecie informacji o piekarni „Familijnej” i znajduję jej 25-letnią historię:

Wielokrotnie nagradzana Piekarnia “Familijna” została założona w 1991 r w Kuźnicy Czeszyckiej, przez Elżbietę i Witolda Kowalczyków.

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom Klientów, sukcesywnie wprowadzano do oferty nowe wyroby. Chcąc udostępnić Konsumentom całe jej bogactwo, zaczęto otwierać punkty firmowe i patronackie. W 2005 roku powstał pierwszy sklep w Miliczu – na Targowisku, który przyciąga mieszkańców nie tylko pysznym pieczywem, lecz także ekskluzywnym, a zarazem przytulnym wnętrzem. Obecnie jest on jednym z 7 punktów firmowych Piekarni “Familijnej”. Oprócz tego zakład posiada 4 stoiska patronackie we Wrocławiu.

Aktualne zatrudnienie to 240 pracowników. To Oni, ze swoją wiedzą, umiejętnością i sercem do pracy, stanowią największy kapitał firmy, dysponującej dużym i nowoczesnym zapleczem maszynowym, a także rozbudowaną flotą dostawczą.

Na ścianach teksty będące swego rodzaju rozmową właścicieli firmy z każdym, kto tu wejdzie, rozejrzy się i podejdzie do napisów za szkłem:

Piekarnia Familijna w Sułowie

piekarnia familijna w Sułowie

Na miejscu zjedliśmy smaczne lody, a ze sobą zabraliśmy kilka rodzajów ciastek – człowiek jest  łasuchem – aby ich smakiem cieszyć się później.

Ośmioboczny kościółek

Wyjeżdżając z Sułowa w kierunku Rudy Sułowskiej zobaczyliśmy na końcu wznoszącej się lekko w górę uliczki niewielki kościół z pruskiego muru. Pysznił się swoim niezwykłym kształtem i pięknym wyglądem – nowy dach, bielusieńkie ściany to znak dbałości o zabytek mieszkańców i władz. Skręciliśmy w stronę budowli. Znaleźliśmy się przed niewielką ośmioboczną budowlą, otoczoną dużą przestrzenią z wystającymi gdzieniegdzie z ziemi nagrobnymi pomnikami. Teren ocieniają stare dęby. Kiedyś był to ewangelicki kościół cmentarny, wzniesionym w latach 1765-1767, obecnie jest to rzymsko-katolicki kościół filialny pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, pełniący funkcje kościoła pomocniczego.

Sułów_ośmioboczny kościół

Kościoły w kształcie rotundy znam, ale ten kształt – ośmioboku – jest dla mnie zaskoczeniem. Dlaczego taką formę architektoniczną nadali mu nasi przodkowie? Szperam w Internecie i znajduję przyczynę wyboru takiego kształtu świątyni. W starożytności i w czasach Bizancjum, obok bazyliki popularny był drugi typ budowli – duża budowla centralna na planie kwadratu, okręgu, sześcio- lub ośmioboku. Dla chrześcijan ważny był zwłaszcza kształt ośmioboku, gdyż nawiązywał do symbolicznego znaczenia  liczby osiem: przypomina ona o zmartwychwstaniu Chrystusa, o ósmym dniu, wyraża nową rzeczywistość obecną już teraz, w porządku doczesnym.

U Żydów tydzień zaczynał się w dniu, który my nazywamy niedzielą – to był pierwszy dzień tygodnia. Siódmy dzień tygodnia był poświęcony Bogu – po stworzeniu świata, jak pamiętamy z opisów w Księdze Rodzaju – Bóg odpoczywał. Za siódmy dzień tygodnia w tym sposobie liczenia uważana musi być nasza sobota. Dla chrześcijan święty stał się przede wszystkim następny dzień po szabacie, czyli po sobocie. Jego nazwa polska to niedziela, ale po rosyjsku to woskresienije, a więc dzień Zmartwychwstania Chrystusa. Chrześcijanie od początku nazywali ten dzień Dniem Pańskim. Jest to pierwszy dzień nowego tygodnia, ale możemy także powiedzieć, że to dzień ósmy, jeśli połączymy w jedną całość przybycie Jezusa do Jerozolimy (Niedziela Palmowa), mękę i zmartwychwstanie. Dlatego ósemkę łączy się symbolicznie z Jezusem Chrystusem i przypisuje jej także symbol Nowego Stworzenia, nowego początku.

Do najbardziej znanych sakralnych budowli ośmiobocznych należy kościół San Vitale w Rawennie czy baptysterium przy bazylice św. Jana na Lateranie w Rzymie.

Dzięki Internetowi znalazłam także w Polsce kościoły o tym niezwykłym kształcie: to np. kaplica pod wezwaniem św. Ducha w Bytomiu – niewielka świątynia w kształcie ośmioboku, przykryta namiotowym dachem z sygnaturką, która stoi przy ulicy Krakowskiej, tuż za dawną bramą Krakowską. Notkę o tym zabytku opublikowano 9 grudnia 2013 roku:

Od XIII wieku w tym miejscu znajdował się kościół oraz szpital i przytułek prowadzony przez zakon bożogrobców, właścicieli pobliskiego Chorzowa. Obecny kościół pochodzi z roku 1721, zaś jego kształt nawiązuje do pierwotnej kaplicy Grobu Bożego w Jerozolimie. Niepozorny z zewnątrz, skrywa bezcenny skarb – jedyny zachowany w Bytomiu zespół barokowego wystroju wnętrza. Monumentalny, silnie przezłocony ołtarz wielki z trzynastoma pełnoplastycznymi figurami Maryi i Apostołów przedstawia zesłanie Ducha Świętego. Jego autorem jest Jan Solski, osiemnastowieczny snycerz pracujący między innymi dla klasztoru jasnogórskiego. Autor: KM

A współcześnie (w latach 90-tych XX wieku) zbudowano świątynię o tym kształcie w Gnieźnie w parafii bł. Radzyma Gaudentego. Ośmiokątna budowla przykryta została ogromną kopułą z latarenką i krzyżem w kształcie korony nawiązującej do Królewskiego Miasta Gniezna. Artykuł opisujący historię budowy kościoła zawiera wiele zdjęć jego wnętrza, a jeśli zwiedzając Polskę dotrzemy w to miejsce, wtedy samodzielnie ocenimy architekturę, wystrój i otoczenie świątyni.

Kościół Pokoju

Wracając z wycieczki samochodowej do miejsca naszego pobytu – Kaszowa, przejeżdżaliśmy przez Milicz. Tym razem nie zatrzymaliśmy się w miasteczku, ale zwróciliśmy uwagę na kościół z muru pruskiego. Po dwóch dniach, już rowerami, przyjechaliśmy obejrzeć budowlę z bliska.

W książce „Przez stawy i lasy Doliny Baryczy”, Włodzimierz Ranoszek (współautor książki) pisze o historii świątyni:

Kościół św. Andrzeja Boboli w Miliczu jest jedną z ważniejszych dla historii Śląska budowli sakralnych. Związany jest ściśle z dziejami skomplikowanych stosunków wyznaniowych. Na skutek postanowień kończącego wojnę 30-letnią pokoju westfalskiego w 1648 roku, śląscy ewangelicy mieli zagwarantowaną „wolność wyznania”, ale bez „wolności kultu”. Milickie trzy kościoły, podobnie jak pozostałe na Śląsku, musiały być zwrócone katolikom. Ewangelikom pozwolono na zbudowanie jedynie trzech nowych świątyń, tzw. Kościołów Pokoju (dwie z nich stoją do dziś: w Świdnicy i Jaworze i są wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO). Poprawa sytuacji ewangelików nastąpiła w 1707 r. Wówczas cesarz austriacki Józef I, któremu podlegał wówczas Śląsk, obawiając się nowej wojny z królem Szwecji, Karolem XII, występującym jako gwarant praw ewangelików, zawarł z nim nową ugodę w Altranstädt. Zobowiązał się do zwrotu protestantom ze Śląska części kościołów i zgodził się na budowę nowych sześciu tzw. Kościołów Łaski: w Kożuchowie, Żaganiu, Miliczu, Cieszynie, Jeleniej Górze i Kamiennej Górze. By ograniczyć do nich dostęp zgoda obejmowała wyłącznie miejscowości leżące na peryferiach Śląska, a same budowle musiały stać poza murami miejskimi.

W działania na rzecz budowy ewangelickiego kościoła w Miliczu włączył się aktywnie właściciel ordynacji milickiej, hrabia Joachim Wilhelm von Maltzan. Zobowiązał się m.in. do pokrycia części kosztów budowy kościoła. Koszty były wysokie, ponieważ w pierwszej kolejności trzeba było opłacić gratyfikację za „łaskę” cesarza oraz jego urzędników. 16.04.1709 r. odbyła się uroczystość odmierzenia gruntu pod budowę nowego kościoła, w asyście komisji cesarskiej i rodziny Maltzanów, na przedmieściu Milicza zwanym wrocławskim lub niemieckim, na jesień tego roku stała już gotowa konstrukcja z belek.

Budowla została zaprojektowana przez oleśniczanina, Gottfrieda Hoffmana. Wzorowana była bezpośrednio na Kościele Pokoju w Świdnicy, z tą znaczną różnicą, że posiadała wieżę, której w Kościołach Pokoju nie wolno było wznosić. Na wzór kościoła świdnickiego przy budowie zastosowano drewnianą konstrukcję szkieletową wypełnianą cegłą, tzw. mur pruski.

Kościołowi nadano wezwanie św. Krzyża, do niego nawiązuje także kształt budowli (najlepiej widoczny z lotu ptaka).

Część z wiernych ewangelickich w Miliczu, która nie zgodziła się na wprowadzoną w państwie pruskim unię Kościołów luterańskiego i reformowanego, przeszła do Kościoła staroluterańskiego i zbudowała w 1845r. nową świątynię. Obecnie jest to dom towarowy WDH przy ul. Wojska Polskiego.

W 1945 r. świątynia została przejęta przez Kościół rzymsko-katolicki. Zmieniono wówczas jej wezwanie na kanonizowanego tuż przed II wojną światową św. Andrzeja Bobolę – polskiego jezuitę, który poniósł męczeńską śmierć na Polesiu z rąk Kozaków w XVII wieku. Od 1994 roku przy kościele utworzono samodzielną nową parafię.

Wieża kościelna liczy dziś 46 m wysokości, zwraca uwagę odchylenie od pionu jej górnej części. Było ono przyczyną przebudowy i obniżenia wieży o 12 m w 1783 r.

Z pierwotnego wystroju wnętrza kościoła ewangelickiego zachowały się jedynie trzy kondygnacje empor (dzięki nim w kościele mogło się zmieścić 2000 wiernych). Piękna rokokowa ambona i chrzcielnica zostały w 1955 r. przeniesione do katedry w Poznaniu i znajdują się tam do dziś.

 Szczególną wartość mają organy zbudowane przez Wilhelma Sauera w 1887 r.

Kościół Pokoju w Miliczu

Kościół tworzy architektoniczną całość z budynkami dawnej parafii ewangelickiej, również z muru pruskiego. Są to dawny dom parafialny z 1790 r. i dawna szkoła z 1857 r.

kościół św. Andrzeja Boboli w Miliczu

Chcieliśmy zobaczyć wnętrze kościoła. Niestety, można wejść tylko do kruchty i przez przeszklone, okratowane drzwi popatrzeć z daleka na nawę i główny ołtarz. Szczegóły wystroju wnętrza są dla turystów niedostępne. Za to ofiarę na Radio Maryja złoży się bez trudności – to zdjęcie zrobiłam w kruchcie.

kościół św. Andrzeja Boboli w Miliczu_ofiara na Radio Maryja

Spotkanie z młodzieżą: przeszłość spotyka przyszłość

Z informatorów turystycznych wiedzieliśmy o dużym parku angielskim i pałacu Maltzanów w Miliczu. Drogę do tych obiektów pokazała nam mieszkanka miasta, mówiąc, że jesteśmy blisko celu wycieczki, a do parku można wjechać przez bramę z lwem. Teraz surfując po Internecie dowiedziałam się, że brama jest zbudowana z rudy darniowej. W latach 70-tych zabytkową bramę obniżono, a na ocalałym fragmencie ułożono rzeźbę lwa.

-Pałac Maltzanów w Miliczu

Zdjęcie znalezione w Internecie

Rzeźba lwa na Bramie Pokoju (Zwycięstwa) upamiętnia wizytę cara Aleksandra, który gościł w posiadłości Maltzanów podczas wyprawy do Żmigrodu, gdzie car Rosji spotkał się z królem pruskim Fryderykiem Wilhelmem III i szwedzkim następcą tronu księciem Carlem Johannem. Owocem spotkania trzech monarchów było zawarcie koalicji anty-napoleońskiej. Gospodarz upamiętnił tę wizytę wzniesieniem okazałej Bramy w kształcie łuku triumfalnego, na bocznym filarze umieścił imiona trzech monarchów: Aleksander I, Fried. Wilhelm III, Franz II, Befreier Deutschland.

Wjeżdżamy na teren parku. Przed nami długa aleja, po lewej stronie niewielka rzeka – chyba Barycz, po prawej długi piętrowy pałac.

Pałac Maltzanów w Miliczu

Park został założony z polecenie Joachima Carla Maltzana około 1800 roku. Hrabia ten, pełniąc wcześniej funkcję posła na dworze króla angielskiego, przywiózł ze sobą modę na nowy sposób urządzania ogrodów i założył pierwszy na Śląsku park w stylu angielskim, czyli upodobniony do naturalnego lasu, z widokowymi polanami i rozlewiskami Młynówki Milickiej. Występuje tu do dziś szereg gatunków drzew egzotycznych. Do najciekawszych należą cyprysik błotny, skrzydłorzech kaukaski, buk pospolity odmiany purpurowej, choina kanadyjska oraz żywotnik olbrzymi. W okolicy pałacu i nad rzeką Młynówką rosną stare krzewy rododendronów, głównie różanecznika fioletowego i jego odmian. Znajduje się tu też kilka gandawskich odmian barwnych azalii pontyjskich – pisze Włodzimierz Ranoszek w książce „Przez stawy i lasy Doliny Baryczy”.

Przechodzimy wzdłuż całego budynku, za nim widzimy jeszcze jeden zabytkowy gmach.

Pałac Maltzanów w Miliczu

i wchodzimy na główny dziedziniec zespołu pałacowego z licznymi gazonami kwiatowymi i rzeźbami.

Pałac Maltzanów w Miliczu

Klasycystyczny pałac w Miliczu zbudowany został w latach 1797-1798 na zlecenie Joachima Karola Maltzana. Projektantem budowli był Karol Geissler. W 1910 roku dobudowano południowe skrzydło, w którym znajdował się dawny dom zajezdny.

Pałac w Miliczu wyglądem przypomina zamek Sanssouci i Neues Palais w Poczdamie. W budynku zachowało się wyposażenie sali balowej oraz kilku sal sąsiednich. Na dziedzińcu herbowym, położonym w południowym skrzydle znajdują się wmurowane kamienne elementy pochodzące z XV i XVIII w., które wcześniej znajdowały się w dawnym zamku, oraz posąg myśliwego z 1909 roku. Przed pałacem jest dziedziniec honorowy, do którego prowadzi brama z pseudo klasycystycznymi figurkami nimf w kąpieli, oraz Dafne i Ledy z łabędziem.

Obecnie w pałacu mieści się Zespół Szkół Leśnych i Agrotechnicznych oraz Izba Regionalna.

Wiedząc o istniejących w tym miejscu ruinach zamku poszukaliśmy ich w pobliżu zabytkowego pałacu. Zrobiłam zdjęcia tego, co pozostało do naszych czasów.

Ruiny zamku w Miliczu

Niewiele! A historia zamku w Miliczu jest długa i ciekawa, bo pierwsza wzmianka o nim znajduje się w Bulli papieża Innocentego II z 1136 roku.

Nazwa Milicz wg legendy pochodziła i oznaczała posiadłość rycerza Milika, inna legenda mówi, że Milicz pierwotnie nazywał się Mielicz i nazwa może pochodzić od mielizn oraz brodów charakterystycznych dla tego terenu.

Gród, który od XI wieku położony był na głównym szlaku z Wrocławia do Wielkopolski i nad Bałtyk, w XII wieku otrzymał prawa kasztelańskie. Dekret biskupi z 1223 r. określa gród jako siedzibę parafii. W roku 1358 biskupstwo wrocławskie sprzedało gród wraz z całą kasztelanią księciu oleśnickiemu Konradowi I. Za panowania tej dynastii wybudowany został zamek, otoczony później fosą. W roku 1492, po śmierci Konrada Białego ostatniego z Piastów Oleśnickich, miasto przechodzi pod panowanie niemieckiego szlachcica Zygmunta Kurzbacha.

Milicz był pustoszony przez liczne zawieruchy wojenne i maszerujące tędy wojska, zamek wielokrotnie płonął. Po pożarze w 1797 r. ówcześni właściciele zamku Maltzanowie przenieśli się do nowo wybudowanego pałacu, a zamek przeznaczyli na przędzalnię bawełny oraz farbiarnię sukna. Od połowy XIX w. zamek popadał w coraz większa ruinę. Niedawno, naukowcy z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego prowadząc badania odkryli wiele ważnych faktów świadczących o wyjątkowej wartości zamku w historii regionu i Polski. Obecnie jednak ruiny są w bardzo złym stanie i nie można ich zwiedzać.

Nie wiem czy obecny program szkolny wspomina na lekcjach historii lub języka polskiego o Bulli gnieźnieńskiej, dlatego kilka słów o tym dokumencie, zawierającym polskie nazwy osób i miejscowości, pozwalam sobie przytoczyć w tym miejscu:

Bulla Ex commisso nobis a Deo, zwana Bullą gnieźnieńską – bulla papieska wydana 7 lipca 1136 w Pizie, znosząca zwierzchność arcybiskupstwa magdeburskiego nad Kościołem polskim. Tekst został napisany w języku łacińskim.

Bulla stanowi jeden z najcenniejszych zabytków polskiej historiografii i jest ważnym źródłem poznania kultury, stosunków społecznych oraz organizacji Kościoła polskiego w XI i XII w. Jest także ważnym dokumentem dla językoznawców, zawiera bowiem ok. 410 polskich nazw miejscowych i osobowych, spisanych w formie oryginalnej. Bulla gnieźnieńska otwiera epokę piśmiennictwa polskiego. Dokument stanowi także materiał do badania nad słowotwórstwem i początkami polskiej ortografii. Językoznawca Aleksander Brückner nazwał ją złotą bullą języka polskiego.

Gdy tak staliśmy przy swoich „stalowych rumakach” i wpatrywali się w niszczejące mury zamku, z otaczającego parku wyłoniła się grupa młodych ludzi:

Zespół Szkół Leśnych_Milicz

To uczniowie Zespołu Szkół Leśnych wracali z zajęć w terenie? z wycieczki? Nie dopytywaliśmy, ale oni, widząc mój aparat fotograficzny, poprosili o uwiecznienie ich wraz z nauczycielami i turystą. Spełniłam ich prośbę, ale zdjęcia do dziś nie wysłałam do szkoły. Przyrzekam, że zrobię to w najbliższym czasie. Takie nieplanowane zdjęcia są często najlepszą pamiątką z pewnych okresów naszego życia.

Na koniec ciekawostki…

Pisałam o nich w pierwszej części opowieści znad Baryczy, ale nie każdy czytający ten tekst zapoznał się z poprzednim, a jeśli nawet – to jak mawiali starożytni Rzymianie repetitio est mater studiorum, czyli powtarzanie jest matką uczenia się, nie zaszkodzi znane informacje przeczytać raz jeszcze.

W nazwach miejscowych na tym terenie powtarza się słowo „ruda”. Jest więc Ruda Sułowska, Ruda Milicka, Ruda Żmigrodzka…

Nazwy miejscowe to nazwy topograficzne pochodzące od wyrazów określających naturalne cechy miejsca np.: ukształtowanie terenu (wieś Górki), rodzaju gleby (wieś Glinnik), roślinności (wsie Brzeziny, Świerkle), zwierząt żyjących na tym terenie (wieś Liski). Tu mamy słowo „ruda”. O jaką rudę chodzi? Przejrzenie przewodników charakteryzujących okolicę poucza, że w tych okolicach kopano rudę darniową – pospolitą kopalinę występującą na terenie naszego kraju. Niewielka ilość żelaza występująca w tej rudzie (30-50%) spowodowała, że dziś już nie opłaca się jej eksploatować, ale przed wiekami przyczyniła się ona do ogromnych zmian w ludzkiej cywilizacji – dostarczyła żelaza, materiału stosowanego do wyrobu narzędzi o wiele trwalszego i bardziej dostępnego niż używany wcześniej brąz.

Ruda darniowa, jako materiał występujący powszechnie i łatwo dostępny, chętnie była wykorzystywana w budownictwie. Nie bez znaczenia było także to, że był to materiał znacznie tańszy od cegły ceramicznej.

Ze względu na porowatą strukturę jest ona odporna na mróz i wilgoć, posiada też własności wentylacyjne, co zwiększa trwałość budowli. Stąd często bloki z rudy darniowej były wmurowywane w naroża czy wykorzystywane do budowy ścian północnych. Brunatna barwa kopaliny czyniła z niej także element dekoracyjny. Ruda darniowa była także naturalnym piorunochronem.

Z upływem czasu następowało udoskonalanie technik wytopu i zastępowanie rudy darniowej rudami o większej zawartości żelaza. Jednak dymarki nie odeszły całkiem w zapomnienie. Do XIX wieku stosowano je w niewielkich kuźniach, funkcjonujących przy większych dworach i produkujących żelazo na własne potrzeby. Znalazłam informację, iż w Polsce rudy darniowe do przemysłowego wytopu stali stosowano aż do 1964 roku, dopiero w latach 80. całkowicie zaprzestano jej eksploatacji i przestała być kwalifikowana jako surowiec o znaczeniu ekonomicznym.

Na zwiedzanym przez nas terenie wciąż można spotkać budynki, do których budowy użyto rudy darniowej. Na jednym z przystanków trasy turystycznej sfotografowałam tablicę informacyjną z takim właśnie budynkiem:

ruda darniowa w budownictwie

Inna ciekawostka z tego terenu: w Rudzie Milickiej na każdym domu obok numeru jest podobizna ptaka, którego można podglądać w pobliskich lasach. Jest sójka i sowa uszata.

dom pod sójką_Ruda Milicka

W pobliżu można oglądać ptaki na Stawach Jaskółczych. Ten zespół stawów powstał jeszcze w średniowieczu. Wówczas jego powierzchnia miała około 300 hektarów i zajmowała cały teren między Grabownicą a Rudą Milicką. Można tu spotkać czaple białe, kormorany i gęsi gęgawe. Do Grabownicy dojechać można samochodem, a stąd spacerkiem dojść nad stawy i podziwiać obłoki odbite w błękitnej tafli wody, po której pływają rzadko spotykane w innych rejonach kraju ptaki.

Park Krajobrazowy Dolina Baryczy to unikalne miejsce, gdzie można spotkać istoty skrzydlate i czworonogie oraz ludzi, którzy przyjeżdżają tu i przychodzą, aby je podziwiać i fotografować, zabierając w ten sposób ze sobą kawałek świata, który jeszcze istnieje, ale który my ludzie możemy zniszczyć. A tak chciałoby się, by jeszcze całe pokolenia mogły cieszyć się podziwiając unikalną ojczystą  przyrodę, którą udało się zachować dla potomnych, mimo leżącej w pobliżu metropolii – Wrocławia.

W prezencie dla czytelników, którzy wybiorą się w Dolinę Baryczy przytaczam wiersz, oddający wrażenia człowieka rozumiejącego przyrodę i zachwycającego się otaczającym nas światem. I wcale nie muszą to być dalekie kraje, nieznane lądy. Może to być zwykła polska mała miejscowość – bo wiersz naszej Noblistki mówi o Lubomierzu!

Wisława Szymborska: Chwila

Idę stokiem pagórka zazielenionego.
Trawa, kwiatuszki w trawie
jak na obrazku dla dzieci.
Niebo zamglone, już błękitniejące.
Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.
Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów,
skał warczących na siebie,
wypiętrzonych otchłani,
żadnych nocy w płomieniach
i dni w kłębach ciemności.
Jakby nie przesuwały się tędy niziny
w gorączkowych malignach,
lodowatych dreszczach.
Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza
i rozrywały brzegi horyzontów.
Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.
Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
W dolince potok mały jako potok mały.
Ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze.
Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen,
a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie.
Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil
proszonych, żeby trwały.

Niech turysta, który odkryje Dolinę Baryczy, na koniec każdego dnia powie za Faustem: „Trwaj chwilo, jesteś piękna!” Bo życie składa się z chwil.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *