Nad Bałtykiem

 

Większość ludzi lubi zmiany, więc urlop spędza się raz w górach, innym razem nad wodą. My wybraliśmy się nad Bałtyk. Przełom czerwca i lipca to najlepszy czas na spędzenie tygodnia na przykład w Pobierowie. Tłumów jeszcze nie ma, a woda w Bałtyku czasem jest już na tyle ciepła, że można pozwolić, aby przez chwilę morskie fale obmywały nasze stopy.

 

Bałtyk dla Niemców, Norwegów, Szwedów to morze wschodnie. Dla Estończyków – morze zachodnie. Nazwę Bałtyk, sinus Balticus dla tego akwenu po raz pierwszy spotykamy w II połowie XI w. u Adama z Bremy, niemieckiego geografa i kronikarza, piszącego po łacinie – jak wszyscy znający pismo w tym czasie. Było więc w języku łacińskim Mare Balticum, we francuskimMer Baltique, włoskimMare Baltico, po rumuńsku – Marea Baltică, dla Hiszpanów i Portugalczyków – Mar Báltico. Kaszub powie o nim Bôł, a Czech – Baltské moře.

Dla nas – to nasze morze jedyne, ukochane, najpiękniejsze, chociaż zimne i nie zawsze gościnne. Czasem spokojne, niczym jezioro śródlądowe, innym razem wzburzone, z nisko zawisłymi czarnymi chmurami, z falami o białych grzywach gonionymi przez świszczący wiatr.

Plaża i chmury nad Bałtykiem

                              Poranek na plaży                                            Chmury o zachodzie

„Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec…” śpiewałam w piosence poznanej w dzieciństwie. Jej tytuł? Hymn do Bałtyku:

Chociaż każdy z nas jest młody,

lecz go starym wilkiem zwą.

My, strażnicy polskiej wody,

marynarze polscy są.

Morze, nasze morze,

wiernie ciebie będziem strzec.

Mamy rozkaz cię utrzymać,

albo na dnie, na dnie twoim lec,

albo na dnie z honorem lec.

Żadna siła, żadna burza,

nie odbierze Gdańska nam.

Nasza flota, choć nieduża,

wiernie strzeże portu bram.

Morze, nasze morze,

wiernie ciebie będziem strzec.

Mamy rozkaz cię utrzymać,

albo na dnie, na dnie twoim lec,

albo na dnie z honorem lec, z honorem lec.

Czy dziś harcerze znają i śpiewają tę pieśń? Ja, dziecko urodzone na Mazowszu, wychowane na Dolnym Śląsku, dowiedziałam się w szkole, że przed wojną mieliśmy tylko skrawek morskiego wybrzeża (w Internecie znalazłam, iż granica morska miała wówczas zaledwie 71 km), a dopiero po II wojnie światowej wydłużyła się nasza morska linia brzegowa do 775 km! Takiej linii brzegowej, takich plaż warto strzec.

Nasz szkolny chór śpiewał jeszcze jedną piosenkę związaną z morskimi przygodami:

Serce załogi

Wieczorem, wieczorem, gdy wezmę harmonię,
Harmonia rozśpiewa się w rękach.
Siadajcie, koledzy, siadajcie koło mnie,
Niech wachtę obejmie piosenka!

R.: Piosenkę niech wiatr
Poniesie przez świat
Do bliskich, dalekich i drogich.
Piosenkę niech wiatr
Poniesie przez świat,
W piosence jest serce załogi!

          Nie wzdychaj mój bracie, nie wzdychaj nocami,
          Nie kłopocz się, ziemia kulista.
          Im dalej płyniemy, tym bliżej przed nami
          Jest ziemia znajoma, ojczysta!

R…

Długo znałam morze tylko z kronik filmowych i filmów fabularnych. Jak wygląda wybrzeże Bałtyku przekonałam się dopiero w 1965 roku. W spokojny letni poranek patrzyłam po raz pierwszy na bezmiar błękitnej wody, złoty piasek na plaży, usłyszałam krzyk mew krążących nad głowami spacerujących ludzi. Od tego dnia wielokrotnie wracałam nad Bałtyk z najbliższymi, wędrowałam całymi kilometrami po mokrej plaży wsłuchana w szum fal.

Pobierowo pamiętam z początku lat 90-tych: niewielką miejscowość z parterowymi domami stałych mieszkańców i rozrzuconymi po sosnowym lesie domkami typu „Brda”, w których mieszkali wczasowicze. Porównuję je z dzisiejszymi willami, kilkupiętrowymi, murowanymi budynkami, w których można wypoczywać przez cały rok, osiedlami domów budowanych na wynajem w okresie letnim, lub do wykupu, by spędzić w nich coraz dłuższą ciepłą porę roku – wszak wyraźnie zmienia się klimat w naszej szerokości geograficznej.

Wypiękniały ulice kurortu: szerokie, wygodne chodniki, asfaltowa jezdnia pozwalają na bezpieczne poruszanie się pieszych, rowerzystów i właścicieli czterech kółek.

Większe grono znajomych może odbyć przejażdżkę do sąsiedniej miejscowości komfortowym pojazdem:

samochód dla wczasowiczów

Gdy nadmorską miejscowość chce zwiedzać rodzina 2+2 może wypożyczyć inny pojazd:

pojazd dla rodziny

Trzeba go poruszać siłą własnych mięśni, ale za to, jadąc wolno, ile szczegółów z otaczającego nas świata można zapamiętać!

Budki, często sklecone z dykty, w których kupowało się kiedyś smażone dorsze, musiały ustąpić miejsca murowanym pawilonom handlowym, które wkrótce zastąpią szklane domy. Jeden z nich podziwiałam już w ubiegłym roku, a podczas tego pobytu – zabrałam ze sobą na zdjęciu:

Szklany dom

Kto i dla kogo zbudował ten obiekt? Nie wiem. Ale że spełniają się marzenia Stefana Żeromskiego o szklanych domach – tego jestem pewna.

Odwrócony dom

W Pobierowie wyrósł ten „magiczny dom”. W niedzielę otaczał go tłum ciekawych, zwłaszcza dużo było rodziców z dziećmi. Przystanęliśmy i my, popatrzyliśmy – i pojechaliśmy dalej, na wschód.

Jadąc nad morze zabieramy ze sobą rowery. Nie lubimy „smażyć” się na słońcu, za to pokonywanie leśnych ścieżek czy polnych dróg łączących nadmorskie miejscowości sprawia nam wciąż ogromną frajdę. I chociaż wieloma ścieżkami rowerowymi już przejechaliśmy, każda kolejna wyprawa sprawia nam przyjemność, pozwala dostrzec zmiany zachodzące w otoczeniu.

Od pierwszego naszego pobytu na wybrzeżu Bałtyku w 1965 roku regularnie oglądamy ruiny gotyckiego kościoła w Trzęsaczu. Wybudowano go na przełomie XIV/XV wieku pośrodku wsi, w odległości prawie dwóch kilometrów od morza. Jak to się stało, że dziś zamiast zabytkowej budowli widzimy fragment ruin?

Ruiny kościoła w Trzęsaczu

W tym miejscu naszego wybrzeża obserwujemy brzeg klifowy o wysokości około 15 m. Falowanie wody, przypływy i odpływy, prądy morskie – przez wieki podmywały klif, wymywając materiał skalny z podłoża, co powodowało obrywy ziemi, zsuwy i osuwiska. Morze niszcząc ląd coraz bardziej zbliżało się do wsi i świątyni. W 1740 roku odległość ta wynosiła 58m, a w 1868r. już tylko 1 metr! Tempo cofania się brzegu morskiego na przestrzeni ostatnich 200 lat wynosiło ok. 0,4m rocznie.

Zjawisko to nosi nazwę abrazji (łac. abrasio – zeskrobywanie) – ciekawych i wnikliwych odsyłam do encyklopedii i Internetu.

W średniowieczu wieś i okolicę zamieszkiwali rolnicy. Z czasem, gdy morze coraz bardziej się do nich zbliżało, rolnicy stali się rybakami. Ostatnie nabożeństwo w gotyckim kościele odprawiono 2 marca 1874 roku. Wyposażenie świątyni przewieziono do katedry w Kamieniu Pomorskim, a część zabytkowego tryptyku znalazła nowe miejsce w rewalskim kościele. W 1901 roku zawaliła się pierwsza część kościoła. Do dziś zachował się jedynie fragment południowej ściany i niewielki kawałek prezbiterium. W Internecie znalazłam film ukazujący proces niszczenia świątyni w ciągu wieków. Pasjonująca historia!

ruiny kościoła w Trzęsaczu lata 60-te

Tak wyglądał fragment ściany świątyni w lipcu 1965 roku – taki obraz zapamiętałam z pierwszego pobytu w tym miejscu. To zdjęcie znalazłam w Internecie.

Pierwsza, bezskuteczna próba ochrony kościoła przed zjawiskiem abrazji miała miejsce pod koniec XVIII wieku – usypano wówczas na plaży u podstawy klifu wał z kamieni. Kolejna próba zatrzymania osuwania się klifu polegała na usypaniu na płyciźnie wzdłuż brzegu wału z bloków skalnych – co spowodować miało osłabienie falowania morza w tym miejscu. Dwa i pół wieku później problem zabezpieczenia kościoła nadal nie był rozwiązany.

Po runięciu w 1994 znacznego fragmentu ściany południowej, władze gminy Rewal podjęły energiczne działania mające na celu uchronienie resztek murów kościoła przed osunięciem się na plażę. Po rozpatrzeniu wielu koncepcji (w tym tak radykalnych jak przesunięcie całej ocalałej ściany kościoła w głąb lądu), wybrano rozwiązanie zaproponowane przez firmę “Stabilator”. Zgodnie z nim w 2001r. ułożono u podstawy klifu opaskę, która miała przeciwdziałać jego niszczeniu. Rok później wykonano nowy fundament pod ruiny kościoła, oraz wzmocniono jego posadowienie przy pomocy dwóch pionowych kolumn wapienno-cementowych o długości 15 m oraz ukośnej kotwy gruntowej, również o długości 15 m. Podstawę klifu i zbocze zabezpieczono 80-metrową opaską brzegową w postaci koszy siatkowych wypełnionych materiałem kamiennym, na których znalazły się materace z siatki wypełnione materiałem umożliwiającym zazielenienie tego obszaru.

Na moim tegorocznym zdjęciu widać zieleniejący się klif i nad nim zachowany fragment południowej ściany kościoła. Miejmy nadzieję, że jego obrona się uda, że następne pokolenia będą mogły oglądać tę niezwykła atrakcję, jedyną tego typu w Europie.

Podziwiam upór ludzi walczących z morzem o zachowanie chociaż tego ostatniego fragmentu ściany świątyni, która przed wiekami stała w środku wsi, daleko od morskiego brzegu. W tym roku wysłuchaliśmy opowieści i obejrzeliśmy na filmie historię tego miejsca.

Zdj.9 Muzeum na klifieW pobliżu ruin kościoła powstało to muzeum. Kilkanaście złotych trzeba było wydać na bilet, ale nie żałowaliśmy – pomysł multimedialnego muzeum jest ciekawy: pozwala w ciągu 20 minut poznać historię miejsca i związane z nim legendy.

Jedna z legend opowiada o Zielenicy – bogini morza – złowionej przypadkiem przez rybaków i więzionej przez miejscowego proboszcza. Zielenica zmarła wkrótce z tęsknoty i pochowana została na przykościelnym cmentarzu. Od tej pory jej ojciec – Bałtyk – słał falę za falą, by odebrać ciało córki i przenieść je na właściwe miejsce – na dno morza.

Druga opowieść to historia pary rozdzielonych kochanków, z których po śmierci jedno przybywa w postaci fal morskich, by połączyć się z drugim pochowanym na cmentarzu przy kościele.

W kolejnej historii jest mowa o bogu burzy i piorunów – Torze – upominającym się o swoją ziemię, na której zapanowało chrześcijaństwo.

Odpowiednie dekoracje, ciemności muzealno-kinowych małych sal, dźwięki i obrazy tworzą odpowiednią atmosferę: chwilami grozy, chwilami lirycznej zadumy nad losami ludzi i miejsc, na których przyszło im żyć. Co czeka nas, dziś spokojnych, może nawet szczęśliwych? Co przyniesie jutro?

Tym razem do Rewala jedziemy ścieżką rowerową biegnącą obok głównej szosy łączącej nadmorskie miejscowości. Przy ruchliwej szosie – luksusowe hotele. Kilka lat temu tych budynków nie było, dziś są chętni, by odpoczywać w takich warunkach.

Hotele w pobliżu morza

Po lewej stronie szosy rozciąga się łąka, powoli zarastająca krzewami, a w tej chwili ubarwiona ogromnymi kępami, a właściwie zagonami wierzbówki. Tak wysokich, tak obficie kwitnących tych roślin nigdzie dotychczas nie widziałam. Obraz zamyka błękitne morze.

Wierzbówka

Omijając Rewal dojechaliśmy do Niechorza. Tu drogę do latarni zagrodził nam tańczący orszak wyznawców Kriszny:

Wyznawcy Kriszny

Dlaczego w tym miejscu się zebrali? Czy to ich pielgrzymka, czy tylko miłe spędzenie urlopu? Z daleka słychać śpiew, widać uśmiechy na twarzach. Ludzie mają różną cerę: są wśród nich biali, ale widzę też ciemny kolor skóry kobiet ubranych w fantazyjne stroje.

W ubiegłym roku odwiedziliśmy w Niechorzu Park Miniatur Latarni Morskich. Na sporym obszarze ustawiono miniatury wszystkich latarni morskich polskiego wybrzeża zbudowanych w skali 1:10. Zwiedzających oprowadzali przewodnicy opowiadając przy poszczególnych modelach budowli ich historię i ciekawostki związane z przeszłością i stanem obecnym obiektów. Latarnię morską w Niechorzu „zaliczyliśmy” przed laty, a widok, jaki się z niej roztacza pozostał w pamięci na zawsze.

Po krótkim odpoczynku wracamy do Pobierowa. Jedziemy na zachód ścieżką biegnącą po nadmorskim klifie. Kiedyś cały ten odcinek była to wąska żwirowa ścieżka. Dziś w Rewalu stała się pięknym deptakiem, miejscem spacerów i odpoczynku, spotkań ze znajomymi sprzed lat i sprzed wieków. Bo oto na ławeczce siedzą Romeo i Julia! Całują się na oczach wszystkich! Ta rzeźba autorstwa Grzegorza Sztuki waży około pół tony i przedstawia naturalnej wielkości bohaterów dramatu Williama Szekspira. Ławeczka przed którą stoimy została odsłonięta 29 października 2010 r.

Zdj.13 Romeo i Julia

Trochę dalej – Mały Książę i Róża ze znanej książki Antoine’a de Saint-Exupéry.

Mały Książę

                             Mały Książę i róża                                                Mały Książę

Aby zrozumieć smutek na twarzy Małego Księcia trzeba sięgnąć do tekstu książki:

Niczego nie zdołałem wówczas pojąć! Powinienem oceniać ją według czynów, nie zaś według słów. Ogarniała mnie swym zapachem i blaskiem. Nie powinienem był nigdy uciekać! Dlaczegoż nie odgadłem czułości ukrytej w jej drobnych podstępach. Kwiaty są tak pełne sprzeczności! Byłem zbyt młody, żeby umieć ją kochać!

Pełna nazwa deptaku w Rewalu brzmi „Różana Aleja Zakochanych”. Rosną tu egzotyczne krzewy i ponad sto rodzajów róż. Przy uliczce znajdują się też dwie tablice. Na jednej umieszczone zostały popularne miłosne wyznania w kilkudziesięciu językach, na drugiej opisano znaczenie kwiatów.

Wczasowicze spacerujący Różaną Aleją Zakochanych w Rewalu, wdychając zapach róż, przypominają sobie wielkie dzieła światowej literatury. Chyba w tym kurorcie poloniści zjednoczyli swe wysiłki z ludźmi sztuki i włodarzami miejscowości, aby odpoczywających skłonić do chwili zadumy, zachęcić do sięgnięcia po książki warte przeczytania.

Na jednej z ławeczek zwróconych w kierunku morza, siedzi dwóch seniorów. Jednakowe czapeczki, T- shirty, spodnie rybaczki. Nie rozmawiają. Kontemplują widok morza w oddali i – przechodzące dziewczęta – w pobliżu.

Zdj.16 Seniorzy

Jedziemy dalej. Z wysokiego klifu rozciąga się widok na spokojne morze i szeroką plażę. Ostatnie dni czerwca, a tu już tłoczno. Parawany, namiociki, koce i kocyki – i tłumy ludzi kąpiących się i opalających. Czyżby woda była już tak ciepła? Trzeba będzie sprawdzić.

Zatłoczona plaża nad Bałtykiem

Rano na plaży było luźno.

Pusta plaża rano nad Bałtykiem

Podczas lipcowych i sierpniowych upałów polskie plaże stały się światową stolicą „parawaningu”. To nowe słowo określa nowe zachowania Polaków, opisane na bieżąco w gazetach, relacjonowane w telewizji: 04 sierpnia 2015, 15:12

Nad polskim wybrzeżem kolejny upalny dzień, plaże zalewa morze turystów i jeszcze większe morze parawanów. “Parawaning” – to właśnie nowy zwyczaj plażowiczów. Są ich tysiące, a na piasku pojawiają się już z samego rana. W nadmorskich kurortach można zaobserwować, że Polacy coraz częściej lubią się odgradzać, już nie tylko od wiatru, ale także od ludzi.

– O piątej rano trzeba przyjść i zrobić rezerwację – mówi jeden z plażowiczów.

Od samego rana, z godziny na godzinę liczba parawanów rośnie i już w południe nie ma szans żeby na wyłączność zdobyć większy kawałek plaży.

– Turyści wstają i na plaży pojawiają się już o 6 czy 7 rano. Wbijają swoje parawany i idą na śniadanie, później wracają na swój zajęty wcześniej kawałek plaży – relacjonuje Maciej Cnota, reporter TVN24.

– Rodzina śpi, a ojciec idzie z parawanem i młotkiem zająć miejsce – dodaje jeden z plażowiczów.

Chronią już nie tylko od wiatru, ale przede wszystkim od ludzi – parawany – bo o nich mowa, zalewają polskie plaże. Turyści nad wodą pojawiają się już o świcie, żeby zająć najlepsze miejsce na piasku. Najlepsze, czyli jak najbliżej wody.

Nowe czasy, nowe zwyczaje. Czy pozytywne? Warto się zastanowić.

A przecież i takie miejsca można znaleźć na tym krótkim odcinku wybrzeża, między dwoma kurortami.

Brzeg klifowy nad Bałtykiem

Rankiem spacerując pustą plażą znaleźliśmy samotny kamień obmywany lekko falującym morzem. A może to nie kamień? Może to Nessi, któremu znudziła się zimna woda szkockiego jeziora i przypłynął zażywać kąpieli w Bałtyku?

Nessi

Z Pobierowa robiliśmy też dalsze wycieczki. Byliśmy w Międzyzdrojach, spacerowaliśmy po tamtejszym molo, które w roku 1885 było niewielkim drewnianym pomostem, a dziś ma 395 metrów długości, 17,5 m szerokości i mogą do niego cumować statki żeglugi przybrzeżnej.

Wracając ze spaceru po Międzyzdrojach zatrzymaliśmy się na parkingu w miejscu, skąd leśna droga prowadzi na punkt widokowy Gosań. Tablica informacyjna uspokaja – do celu tylko 400 metrów. Droga pnie się pod górę. Dokoła las dorodnych buków tak gęsty, że światło słoneczne nie dociera do podłoża i zamiast zielonego runa leśnego widzimy zrudziałe liście, opadłe w ubiegłym roku. Jeszcze fragment bardziej stromego podejścia i już jesteśmy u celu – 93m n.p.m. – na najwyższym punkcie wolińskich klifów.

A osiągnąwszy ten szczyt patrzyliśmy na ogromną, spokojną w tej chwili taflę Zatoki Pomorskiej. Słońce, nisko schylone nad błękitną wodą, umożliwiło zrobienie nostalgicznych zdjęć.

pochyły buk nad Bałtykiem

Oto samotny buk wisi na stromym klifie, wychylony ku morzu, jakby miał za chwilę skoczyć w jego fale. Ale nie skacze. Trwa. Mimo jesiennych wichrów, mimo letnich burz… A w pobliżu siedzi dwoje młodych ludzi – szczęśliwi, bo nie są samotni. Uśmiechamy się do nich, pozdrawiamy i odchodzimy, by wrócić do obecnego miejsca naszego pobytu.

W kolejne dni naszego urlopu nad morzem były rowerowe wycieczki, nowe wrażenia i wiele, wiele zdjęć. Cyfrowy aparat nie zmusza do ograniczeń.

Aż przyszedł dzień pożegnania z morzem…

 

Ale wrócimy tam za rok, by szukać nowych obrazów, wrażeń, i zdarzeń.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *