Manewry niepodległościowe na Stacji w Szarnosiu

Rzeka Osa wije się malowniczo od granicy województwa warmińsko-mazurskiego ku Wiśle. Małe jeziora, pola uprawne, gdzieniegdzie resztki dawnych lasów, urokliwe wąwozy Osy i jej sąsiadki Lutryny rozdzielające ciche wioseczki – oto pejzaż zakątka Ziemi Chełmińskiej rozciągający się między Jabłonowem Pomorskim, Łasinem i onegdaj słynnym z potężnego zamku krzyżackiego Rogóźnem. Dawne burzliwe dzieje pogranicza prusko-polskiego przypominają wzgórza, gdzie rozlokowały się w średniowieczu obronne grodziska, ruiny zamków i… zabytkowe budynki zlikwidowanych stacji kolejowych. Jakże miło wił się onegdaj kolejowy szlak z Jabłonowa przez Szarnoś do Prabut. Jakże miło slowingować teraz dawnym kolejowym duktem na własnych nogach!

 W dawnej stacji kolejowej w Szarnosiu zakładamy sztab manewrów niepodległościowo-kulinarnych. Wybór jest nieprzypadkowy. Nasz przyjaciel Wojtek, historyk i etnograf nabył okazyjnie opuszczony i zdewastowany dworzec kolejowy w Szarnosiu i rok po roku, w ramach własnych talentów artystyczno-ciesielsko-inżynieryjnych przywrócił go do stanu okazjonalno-mieszkalnego. To jego artystyczny azyl, czasami dom gościnny, a najczęściej pracownia historyczno-krajoznawcza, a często i literacka dla przyjaciół.

Rocznica odzyskania niepodległości a zarazem długi listopadowy weekend to wspaniała okazja do twórczego świętowania w globtroterskim gronie.

A co to znaczy twórcze świętowanie?

Otóż każdy z zaproszonych gości przygotowuje własną autorską potrawę, która ma związek z kulinarnym wyzwoleniem Polski z okowy trzech zaborców. Może dania legionowe? A może potrawy regionalne dostosowane do biedy i ciężkich czasów I wojny światowej? Magda, żona gospodarza, jako naczelny kwatermistrz manewrów koordynuje menu i czas podania autorskich potraw z ich historyczną prezentacją i gawędą.

Pojawia się pytanie – co zmieniła pamiętna data 11.11.1918 w dziedzinie gastronomii? Wbrew pozorom – dużo! Wystarczy prześledzić dzieje karczmy czy gospody, inaczej mówiąc dzieje polskiej wiejskiej /także przydrożnej / oraz miejskiej gastronomii. Z racji różnego prawodawstwa stanowionego przez zaborców, np. likwidacji feudalnego prawa propinacji w zaborze pruskim i utrzymania go w zaborze austriackim, inny był model własnościowy karczmy w okolicach Szarnosia a inny na gościńcach Małopolski. W Prusach wytworzył się model karczmy prywatnej i zawód karczmarza z dziada pradziada, w Galicji karczmy od właścicieli ziemskich najczęściej dzierżawili Żydzi i nigdy nie mogli uzyskać prawa własności. Bliski każdemu rodakowi temat produkcji, cen i dystrybucji alkoholu też różnił się mocno w każdym zaborze. Lata dwudzieste XIX wieku to przełom w produkcji wódki – pojawia się tania wódka z ziemniaków. W zaborze rosyjskim, wspominają pamiętnikarze, karczmy zamieniają się w meliny. A w melinach przecież pije się do nieprzytomności, jada się byle jak. Ukaz carski z 1844 wprowadza akcyzę na wódkę, określa maksymalną moc tego popularnego trunku na 46% i… zakaz gry w karty i kości do godziny 22.00. Przykłady można mnożyć, a historia Polski w XIX wieku widziana od karczmy i kuchni to pole do wielu ciekawych odkryć obyczajowych tłumaczących naszą kulinarną mentalność i nawyki… żywieniowo-alkoholowe AD 2011.

To mi uświadomiły właśnie manewry kulinarno-niepodległościowe w Szarnosiu, gdzie dysputa przy wspólnym stole połączona z degustacją potraw i nalewek przeplatana była dwoma dużymi wyprawami w plener. Wyprawę pieszą wąwozami Osy i tropami dawnych grodziski poprowadził osobiście /we współpracy z Naczelnikiem manewrów Wojtkiem/ Grzegorz Rąkowski, autor trzydziestu przewodników np. kultowej już „Polski Egzotycznej” i wielu książek o dawnych kresach Rzeczypospolitej. Dodajmy, że Grzegorz jako kucharz przyrządził ratatuja z warzyw jako potrawę, którą spożywali legioniści generała Józefa Hallera, a Naczelnik uraczył nas zapiekanym… pasternakiem. Lecz aż tak biednie nie było – przez 3 dni manewrów raczyliśmy się min.… babką ziemniaczaną, zupą dyniową i krupnikiem, zapiekanką z ziemniaków i żeberkami w kapuście, jabłecznikiem i winnym kisielem z owocami, a wszystko to podlane nalewką gospodarza. Potrawami prostymi, jak na tamte ciężkie czasy przystało, acz zacnymi w smaku i pożywnymi.

Drugą wyprawę – już zmechanizowaną – tropami przedwojennych „Poniatówek” -drewnianych domków przydzielanych przez władze II Rzeczypospolitej w latach trzydziestych XX wieku polskim osadnikom na pograniczu prowadził Naczelnik i powołany przez niego sztab krajoznawców, etnografów, geologów i historyków z kręgów Uniwersyteckiego Klubu Turystycznego UNIKAT /m.in. w sztabie był Tomasz Krzywicki, autor przewodnika „Tropami Mickiewicza”/. Jak to w manewrach prowadzonych wozami bojowymi różnych marek i roczników bywa – koordynację działań w trudnym, nieoznakowanym terenie utrzymywały trzy łączniczki: Magda, Dorota i Agata.

Plon działań okazał się obfity. Udało się uwiecznić wiele Poniatówek na Ziemi Chełmińskiej – dodajmy w bardzo różnym stanie.

Cóż, po takich udanych wyprawach wieczorne degustacje i gawędy nabierały dodatkowego kolorytu. Poniemiecka stacja kolejowa zamieniła się w prawdziwy wehikuł czasu… bo pociąg już tu nigdy się nie zatrzyma.

I ja tam byłem, miód i wino piłem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *