LIZBONA – „zaledwie chwila istnienia” zapisana obrazem, muzyką, słowem

Want create site? With Free visual composer you can do it easy.

Lizbona. Muzyka moich ulic – ostatnia książka-album Marcina Kydryńskiego zagrała na czułej strunie mojej wrażliwości. Rozgrzała mnie pięknymi, choć nie oczywistymi zdjęciami i ukołysała spokojnie płynącymi, zupełnie jak w audycji Siesta, zdaniami. Strona za stroną, coraz głębiej i mocniej powracałam do obrazów i wrażeń ze swojego pobytu w tej nieśmiałej swą urodą stolicy na krańcu Europy. Wsłuchiwałam się we wspomnienie muzyki ulic Alfamy, gdyż podobnie jak Panu Marcinowi, wzruszenie jest mi potrzebne do szczęścia, jak saudade Portugalczykom.

Lecz nie o smutek i rozrzewnienie tu chodzi, ale o wielką urodę tekstu i zdjęć. To książka napisana z miłości do miejsca, a że z miłością czasami bywa przewrotnie i może przysłonić prawdziwość obiektu uwielbienia, istniało niebezpieczeństwo zafałszowania obrazu. Nie zdarzyło się to jednak Lizbonie w tej książce. „Gęsta” od wrażeń, postaci i wspomnień, muzyki, kolorów, zimowej mgły i dygresji, jest równocześnie „powolna” w swojej uważności i wyczuleniu na szczegół, mijanego człowieka, zapachy i dźwięki. Wyziera z niej wielka wrażliwość autora i skupienie na miejscu. Zagłębiając się w kolejnych zdaniach i obrazach, wyczuwamy nastroje i smaki, odczuwamy „poezję” lizbońskich ulic, rozedrganie i melancholię płynącą z klubów fado. Chcemy tam zaraz być: (…) Moja miłość ma już nowy adres: to Lizbona. (…) – śpiewa Ania Jopek wg. tekstu Marcina Kydryńskiego.

Odrywam wzrok od tekstu, aby złapać trochę oddechu. Za oknem jesień, liście się żółcą i czerwienią, jak kolory domów i dachów widzianych z Portas do Sol na jednej z fotografii. Włączam płytę The best of Fado zakupioną w Museu do Fado w Alfamie. Nie znajduje się na liście krążków polecanych przez autora w książce, ale chociaż parę nazwisk się zgadza: Mariza, Amalia Rodrigues, Alfredo Marceneiro czy Camane. Lizbona. Muzyka moich ulic „przepełniona” jest opowieściami o wyjątkowych muzykach tego miasta i nie mogło być inaczej. W końcu kto, jak nie autor trójkowej Siesty może nam o nich opowiadać. Poprzez muzyczne kariery artystów szerzej znanych i małe uliczne historie, takie jak o Dona Rosa rozkładającej swój stołeczek i śpiewającej na Rua Augusta, dowiadujemy się na czym polega siła fado. Ale nie zrozumiemy szczerości przekazu tej muzyki – bólu, czułości, zadumy, tęsknoty – zdaje się mówić autor – jeśli nie zagubimy się w uliczkach Alfamy i nie przysiądziemy, aby jej posłuchać, czy raczej się w nią wsłuchać. Tak do tego miejsca przynależy. To kolejny pretekst do odwiedzenia Lizbony. A póki co dobrze, że już niedługo ma wyjść krążek, który będzie uzupełnieniem muzycznej edukacji płynącej z tej książki.

Autor zastanawia się, czy w świecie „zaśmieconym” słowami potrzebna jest kolejna książka. Pozwolę sobie wyrazić tutaj osobistą opinię: taka książka tak. Jej wartością jest to, że nie jest opowieścią li tylko o Lizbonie. To prawda, w tempie niespiesznym Marcin Kydryński oprowadza nas po swoim życiu w Białym Mieście czy raczej po jego „przeżywaniu”. Podążamy „z uważnością” uliczkami, którymi wędruje o poranku, wbiegamy setkami schodków w Alfamie na Portas do Sol posłuchać Wilfredo, ulicznego grajka, przy mocnej bica, spoglądamy przez okrągłe okno jego sypialni na rozedrgany w zachodzącym słońcu Tag, przypominamy sobie Rua da Norte w Bairro Alto z jej klubami (na której mieszkała autorka tekstu), czytamy książki w Ogrodzie Botanicznym (czytamy z nim tu wiele książek o Lizbonie i nie tylko, tak jak słuchamy wiele muzyki), napawamy się niewyobrażalną panoramą miasta z parku Sao Pedro de Alcantara i zbiegamy na reprezentacyjną Avenida da Liberdade, aby podążyć w stronę placu Rossio i dalej Rua Augusta do Tagu. Tak, zwiedzamy miasto, serce miasta właściwie, odwiedzamy ulubione miejsca, smakujemy potraw w zaprzyjaźnionych restauracjach, poznajemy jego znajomych, ale tak naprawdę poznajemy coraz lepiej samego autora. Lizbona zagrała w jego duszy, zdaje się być lustrem, w którym odbija się jego wrażliwość. Bo Marcin Kydryński w „swojej Lizbonie” przed nami się otwiera. Nie robi tego obcesowo, ma pewne wątpliwości – czy komuś to potrzebne, czy jemu to potrzebne. Mnie było potrzebne, a to mam nadzieję ważne.

Abyście byli uważni na to, co jest, chociaż mija,

I w każdej chwili wdzięczni, świętujący wszelkie istnienie.

(Czesław Miłosz, cyt. z książki „Lizbona. Muzyka moich ulic”)

Całości dopełniają zdjęcia – „zrobione zakochanym okiem”. Obrazują Lizbonę nie w sposób oczywisty. To nie pomnik wystawiony miastu. To hołd złożony aparatem Leica M9, a aparat to podobno nie łatwy. Nie znam się na sprawach technicznych, jestem jedną z milionów pstrykających pocztówkowe zdjęcia turystek, ale różnicę potrafię docenić. Zza zdjęć wyłania się żywa historia miejsca opowiadana przez okres dwóch lat. W różnym świetle, o różnych porach dnia i roku. Jeżeli ktoś spodziewa się obejrzeć na nich „folderową Lizbonę”, to się rozczaruje. Lecz jeśli chce poczuć tętno tego miasta, zakosztować w jego witalności, podpatrzeć ludzi jego ulic i ukoić duszę pięknym obrazem-opowieścią, to odnajdzie w nich Lizbonę, za którą zatęskni. Każde ze zdjęć aż odurza intensywnością barw i rozświetla tekst na sąsiednich stronach. Ale też opowiada odrębną historię, zatrzymuje „minioną już chwilę” na jeszcze trochę. Dla kogoś kto nie był w Lizbonie to będą świetne zdjęcia, dla kogoś kto był w Lizbonie, lecz widział inaczej, to będzie inne spojrzenie – może być powrotem do „niezauważonego”. Marcin Kydryński nie zostawia nas jednak tylko z piękną fotografią komentującą tekst czy odwrotnie. Osoby, które sięgają po aparat z ambicjami zrobienia zdjęć ciekawych, a nie tylko dobrych, znajdą tu wiele wartościowych przemyśleń, ale przecież i wątpliwości autora. Może to być dla nich jedna z większych wartości tej książki.

Lizbona to miasto trudne do uchwycenia. Czy da się ją opowiedzieć? Czy można ją przedstawić obrazem? Rok temu po powrocie z Lizbony zastanawiałam się nad tym w artykule Slow Lizbon Story. Mam wrażenie, że teraz znalazłam odpowiedź. Marcin Kydryński uzupełnił obrazy słowem a słowa obrazem. Opowiedział historię miejsca nieopowiedzianą: „Zaledwie chwila jego istnienia: siedemset dni twarzy, smaków, zapachów, dźwięków, nastrojów.” Na swój własny sposób. Jedyny sposób na to miasto:

Lizbona,

Mój żagiel, moja łódź,

Moja muza, mój pocałunek,

Moja nieobecność, mój żal.

Lizbona. Muzyka moich ulic to wyjątkowa książka. Moim zdaniem nieodzowna do powolnego smakowania tego miasta. Szkoda, że nie miałam jej w ręku rok temu.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *