Harenda Góra, Harenda Dół…

 

Nie – nie mamy na myśli mozolnej wędrówki turystycznej w Zakopanem, choć mozół stale towarzyszył bywalcom owego miejsca. A i różnice poziomów dawały się we znaki, i nie chodzi tu jedynie o stromiznę… schodów. Dziś mowa będzie o legendarnym przybytku gastronomiczno-kulturalnym Warszawy sprzed 1989 roku: dwupoziomowej knajpie vis-à-vis pomnika Kopernika, funkcjonującej na styku świata młodej inteligencji i spelunkowego, acz nieagresywnego zakapiorstwa. Przenieśmy się zatem, miękkim studenckim halsem, w czasy ciepłej wódki, obowiązkowej zakąski oraz złowieszczych inskrypcji „piwa brak”.

Dla studentów A.D. 2015 warszawska Harenda to oczywiście klub na zapleczu hotelu o tej samej nazwie. Jednak w roku, dajmy na to, 1975 okołouniwersytecki światek rozrywki prezentował się zgoła odmiennie i – powiedzmy od razu – ciekawiej. Gdy z kolegami-historykami „zrywaliśmy się” z nudnawych zajęć, w jakie obfitują nawet najciekawsze kierunki, wybór był przeogromny, a ceny nie zwalały z nóg przed konsumpcją. Można było opuścić kampus UW skrótem „harendzianym”, przez Oboźną, albo po pańsku, główną bramą. Wtedy na trasie do naszej mekki wabiły kolejno: bar mleczny Uniwersytecki, słusznie zwany Karaluchem (niskobudżetowe kalorie przed „spożyciem”), sklep Sumatra (jak wyżej, ewentualnie piwo na zapas, gdy było, w skrajnych wypadkach esencja do ciast), łaźnia Pod Messalką (piwo u słynnej Pani Wandzi), restauracja Staropolska (drogo, ale czasem do późnej nocy), cukiernia Pomianowski (raczej nie) i – dla miłośników rollercoastera – firmowy Herbapol naprzeciwko, za Kościołem św. Krzyża (szeroka gama trunków ziołowych z kultowym azulanem na czele, po którym ten i ów tańczył zapamiętale namiętne Rumianco Tango). Potem skręt w lewo, ukłon Kopernikowi – i oto wita nas górny poziom Harendy, dziś zastąpiony, o tempora… fast foodem.

Tu był słynnny Karaluch

Tu była Staropolska

 

 

 

 

 

 

 

 

Czym była Harenda-Góra? Dla większości braci akademickiej azylem z tanią herbatą, przechowalnią między zajęciami, czasem salonem debat naukowych, literackich, pogaduszek o wszystkim i o niczym, ringiem starć z namolnymi kelnerkami (dwie godziny przy jednej herbacie?), ba, nawet salą dydaktyczną, gdy udało się na to namówić młodą luzacką asystentkę. A dla studentów-birbantów, jakże wówczas rozmnożonych? Cóż, ledwie wstępem, przedsionkiem, gdzie wkraczało się na moment, zobaczyć, co robią „nudziarze” z Góry. Dla nich bowiem Dół to już było prawdziwe inferno, straszliwa otchłań zionąca oparami ścinających z nóg miszkulancji, warzonych w kotłach przez legion diabłów i czarownic. Zejdźmy zatem z nijakiego przedsionka piekieł w ich rozgrzane do czerwoności trzewia. A dodam, że przy skutecznym „zbajerowaniu” asystenta-mężczyzny nawet regularne ćwiczenia czy konserwatoria dla studentów Instytutu Historycznego można było zaimprowizować na Dole! Panie raczej by na to nie poszły. Ha, trudno się dziwić…

Funkcję Cerbera i Charona w jednej osobie (zależnie od humoru) pełnił u wrót Dołu niejaki Szczęka. Był to sympatyczny – teoretycznie – starszy pan z szatni, decydujący o „zejść albo nie zejść” młodych piwnych Hamletów. By wkraść się w łaski Szczęki, przezwanego tak z racji imponujących rozmiarów żuchwy, wysuwanej jeszcze mocniej na widok intruza, należało się grzecznie „rozpłaszczyć”, bez szemrania pobrać numerek i odłożyć w tajnej kieszeni złotówkę, której nierozsądne przepicie skazywało na bezterminowe uwięzienie w Hadesie przy próbie wyjścia. Harenda-Dół, skromna restauracja drugiej kategorii Domu Turysty PTTK, formalnie nosząca zapomnianą i typowo PRL-owską nazwę Gościnna, w pełni zasługiwała na swe oficjalne miano. Był to długi, parny i duszny przybytek, może nie dla każdych oczu przytulny, ale na swój sposób „ujutny”, zapełniony dwoma rzędami zaobrusionych na „biało” stolików, ustawionych pod żółtymi, kostropatymi ścianami, z buraczkową wykładziną na podłodze i klasycznym bufetem z ladą chłodniczą przy wejściu. W salce panował z reguły ścisk i ogólny harmider, a kolokwialne miano bełkot także byłoby uprawnione.

Harenda dzisiaj jaką widzi KopernikHarenda od ul.Oboźnej

 

 

 

 

 

 

 

 

Wewnątrz królowały – bez cienia przesady – kelnerki-legendy. Ciepła i wyrozumiała Pani Bronia, w słusznym wieku dobrodusznej wczesnej babci, godząca się czasem podać piwo bez obowiązkowej konsumpcji (sałatka jarzynowa do dwóch „browarków” była najkorzystniejszym wariantem). Niby to sroga Pani Jadzia (puszysta i miękka, w każdym sensie tego słowa). Pyskata Księżniczka (ale i u niej „dawało się załatwić”). No i męski król Dołu – wąsaty Pan Jureczek, w nienagannym białym kitlu z muszką i w czarnych spodniach (do dwóch sałatek jarzynowych przechodziło u niego nawet pół litra z czterema piwkami na wzmocnienie, dziękujemy po latach, panie Jureczku!). Kiedy wprowadzono zakaz podawania swojskiego żyta w butelkach – w ramach oficjalnej walki z pijaństwem – po znajomości zamawialiśmy tak zwane „talerze”. Coś dla kosmitów? Poniekąd. Spożycie talerza wódki (dziesięć pięćdziesiątek), jak udowodnili dzielni konsumenci z Harendy-Dołu, wzmacniało finalny efekt orbitowania. I na cóż rzekome starania władzy o zdrowie młodej inteligencji…

Gdy na salę wchodził lub wtaczał się najsłynniejszy gość – absolutnie już dziś legendarny Jan Himilsbach – często zaczynała się alkoholowo-dyskusyjna jazda bez trzymanki. A już zwłaszcza wówczas, gdy ciągnął za sobą liczne grono akolitów, od rejsowych meneli, przez rozpitych humanistów średnich lotów, po intelektualno-artystyczne tuzy Warszawki . Bywało, że stolik zaszczycony „przysiąściem się” legendy Szlaku pozwalał się dokumentnie opić, bez żalu o skąpe przecież fundusze. Ważne, że to On się dosiadł. Nie powiem, poznałem smak tego zaszczytu, kilkakrotnie… Jak i łomot walącej o blaty Gościnnej laski Himilsbacha, która zaczęła mu towarzyszyć już po roku 1980, gdy miał kłopoty z chodzeniem, a nie zamierzał rezygnować z przypominania o swym istnieniu i apetycie na życie i żytnią. No i ten cudowny, jedyny w swoim rodzaju sznapsszept. „K…a, mówię ci przecież wyraźnie, jedną setkę…” (to do zaprzyjaźnionej kelnerki). Pamiętam jednak przede wszystkim smutek Pana Janka narastający od 1977 roku, kiedy odszedł – także z harendzianego kręgu – jego najwierniejszy druh Zdzisław Maklakiewicz. Po tej dacie nigdy nie był już taki jak kiedyś, w czasach wspólnych epizodów filmowych i życiowych. Nie przytaczam w tym miejscu anegdot o głośnych wyczynach pierwszego gardła stolicy, temat to znany, a inni – przyjaciele i bliscy znajomi, do których się nie zaliczałem – zrobili to już dawno i znacznie lepiej.

Pozostali bywalcy? Trudno wymieniać znane mi nazwiska, wielu dawnych gości wciąż żyje, więc darujmy im i sobie te wątpliwej wartości zabiegi. Głupio chwalić się publicznie, „z kim to się popijało wiele lat temu”, bo to żaden sukces ani tytuł do dzisiejszej chwały. Wspomnę tylko o paru już nieżyjących oryginałach z Harendy-Dołu, jak pan Robert vel Adzik zwany też Morsem, ekswioślarz o fioletowej fizis zaprzysięgłego miłośnika czystej, czy klasyczny „malarz nieszczęśliwy”, również niezły poeta, Jurry (Jerzy Ryszard) Zieliński. Ogólnie tylko dodam, że spośród ówczesnych naszych współbiesiadników niejeden jest obecnie wziętym dziennikarzem, literatem, reżyserem, aktorem, uczonym, politykiem itp. itd.

Warszawa na wesoło. Koledzy? Cóż, i tu personalia nie mają sensu. To cały tłum, od studentów Uniwersytetu, przez młodą kadrę naukową, po obecnych koryfeuszy. Dajmy spokój. Wymienię dwóch, bez nazwisk. Ś.p. kolegę Maurycego, który zarażał mnie miłością do eskapad suwalskich i Harendy, oraz Jurka, który towarzyszy mi w podróży przez życie od 40 już lat, szacownego pana Redaktora Slow Poland, a który wtedy… Cóż, ongiś podpadłem jego przyjaciółce, której nie zachwycił fakt, że uczciwie przecież dostarczony z Harendy młodzian zasnął smacznie na koncercie Witolda Małcużyńskiego w Filharmonii Narodowej, w dodatku w pierwszym rzędzie, chrapiąc donośnie na pół sali…

Opuszczenie Dołu nie należało do prostych zadań. Po sforsowaniu schodów czekała nas, rzecz jasna, rutynowa przeprawa ze Szczęką. A ten nie znał z zasady litości dla ofiar niemogących wylegitymować się złotówką, zachowaną w celu odbioru garderoby. Położona na ladzie, znikała błyskawicznie w dłoni szatniarza, który dopiero potem leniwie zgarniał mniej interesujący numerek i – w akcie łaski – wydawał odzież. No, przyznajmy obiektywnie, przy odpowiedniej gadce i piwnej wylewności także Szczękę dawało się udobruchać. Starszy pan był w istocie poczciwiną, o wielkim sercu dla hulaszczych studenciaków. I miał, o dziwo, imię – był Panem Heniem.

Zresztą – areszt w podziemnych labiryntach Harendy niejednemu wychodził na dobre. Nie każdy adiunkt czy profesor tolerował bowiem westernowe wkraczanie na wieczorne zajęcia, niby do saloonu w Dodge City. Nawet jeśli wtaczający się kopem w drzwi przybysz wcale nie uważał się za rozjuszonego Buffalo Billa, a jedynie za wytrawnego uczestnika warszawskiego życia kulturalnego.

Warszawa, 28-29 stycznia 2015      

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *