Góra z Górą

Nie, to nie błąd ortograficzny. To turystyczne, weekendowe spotkanie dwóch podstołecznych, skrytych w lesie Gór – Wiśniowej i Zbójnej. Administracyjnie należących do Warszawy, do rozległej i zielonej dzielnicy Wawer. Spotkanie zorganizowane i przeprowadzone przez zwykłą warszawską rodzinę, w najzwyklejszą, choć tego lata mocno skwarną sierpniową niedzielę. Będące kolejną propozycją na slow przechadzkę dla każdego, komu urlop już się skończył, nie zaczął, nie przysługuje (oj, państwo pracodawcy…) itp., itd. Na zdrowy, relaksujący spacer po pełnym tlenu leśnym raju, okalającym nasze miasto zbawiennym pierścieniem. Jego istotnym elementem jest Mazowiecki Park Krajobrazowy (MPK), cel obecnej familijnej ekspedycji. No to do dzieła!

Zaczynamy od banalnie prostego ruchu: wejścia do jednego z miejskich autobusów. Pojazd linii 119 w ciągu około 45 minut, bez żadnej przesiadki, zawiezie nas z Dolnego Mokotowa wprost w zielone jądro MPK, do pętli „Wiśniowa Góra”, stanowiącej najdalej na wschód wysuniętą część Międzylesia, dzielnicy wchodzącej w skład szeroko rozumianego Wawra (nie tego od stacji PKP Warszawa Wawer). Wystarczą bilety na 1. strefę lub Warszawska Karta Miejska. Koszty wycieczki będą naprawdę znikome. Prócz biletów potrzebujemy bowiem tylko zapasu napojów i jedzenia, a bez tego i tak się przecież nie da.

Po drodze podziwiamy zróżnicowane i nie zawsze ładne – niestety – suburbia Warszawy. Do tych budzących pozytywne skojarzenia estetyczne należą imponujące, skryte w lesie wille Anina, tradycyjnej siedziby polityków, ludzi kultury i biznesu. Natomiast Międzylesie, znane głównie z Centrum Zdrowia Dziecka, kojarzy się z otoczonym lasami miastem, a to głównie z powodu dominującej tu wielorodzinnej zabudowy blokowej, cóż, niezbyt zachwycającej. I z racji górującego nad dzielnicą… fabrycznego komina. Jak na linię otwocką niezbyt urokliwie, szczęściem ratują Międzylesie partie wolnostojącej zabudowy typu „domek plus ogród”, także utopione w gęstwinie.

Góra z górą 1

Z pętli „Wiśniowa Góra”, położonej na ładniejszych, leśnych krańcach Międzylesia, na styku Alei Dzieci Polskich i skrytej w ostępach uliczki Mchów, ruszamy niespiesznym marszem na południe, przez otoczony sosnami i dębami dukt, ku czerwonemu szlakowi turystycznemu. Gdy go osiągniemy, skręcimy na lewo, czyli na wschód. Pierwszym celem będzie Macierowe Bagno, spore i tajemnicze uroczysko głęboko schowane w kniei i mało komu z Warszawiaków – wybaczcie, ale to prawda – w ogóle znane. Wskazana jest dokładna turystyczna mapa, bo GPS nie zawsze pokazuje takie cuda. Po drodze spotkamy mniejsze bajorko, prawie zupełnie wyschnięte, i rozległą młodziutką szkółkę leśną, na której pofalowanych obrzeżach warto odpocząć. Takie odkryte obszary, pełne łagodnych wzniesień, uświadamiają nam realną obecność obu Gór – i tej Wiśniowej, i tej Zbójnej. Wiśni i zbójów wprawdzie w okolicy nie ujrzeliśmy, ale… Niestety, po krzakach walają się liczne butelki po pseudowiśniówkach, porzucone przez jakowychś zbójów. Panowie smakosze tanich nalewek – przecież to grozi pożarem lasu! Pomijam inne aspekty, bo i tak nie dotrą do waszych zamglonych mózgownic, ale zadam jedno proste pytanie: gdzie będziecie rozprawiczać kolejne flaszki? W spalonym lesie?

Góra z górą 2

Macierowe Bagno, do którego trafiamy po skręcie w lewo, z trudem unikając zejścia z czerwonego szlaku, zaskakuje nas ogromem i niesamowitym urokiem. Na szczycie wydmy, za którą rozpościerają się moczary rozmiarów mazurskiego jeziora, porośnięte kikutami brzóz i gęstwiną krzaków, spotykamy kapliczkę, a naprzeciwko niej grób NN, żołnierza polskiego z II wojny światowej. Typowe i jakże polskie. W rejonie bagna mijamy też pierwszych wędrowców. Z satysfakcją konstatuję, że to niemal wyłącznie młodzież, zatem komputery, tablety i smartfony nie ze wszytkiem, jako rzekliby nasi sarmaccy przodkowie, zawładnęły jej duszami…

Góra z górą 3

Po długotrwałej sesji zdjęciowej przy Macierowym Bagnie, przynależnym już do stołecznej dzielnicy Wesoła, graniczącej z „wielkim” Wawrem i goszczącym nas do tej chwili Międzylesiem, ruszamy na południe, szlakami zielonym i czerwonym, biegnącymi na tym odcinku wspólnie. Oczywiście ani na chwilę nie wychodzimy z leśnej gęstwiny! Po kilku minutach spotykamy Zielony Ług, piękny bagnisty zakątek porośnięty intensywnie zielonymi drzewami i krzewami. I znów migawka pracuje na pełnych obrotach. Po obejściu moczaru drogą z prawej strony czeka nas dość skomplikowane rozstaje. Wybieramy szlak żółty w kierunku leśniczówki Zbójna Góra i konsekwentnie zmierzamy wciąż ku południowi, w stronę Radości – jakże to wymowne – i jej najbardziej malowniczej, leśnej części, zwanej właśnie Zbójną Górą.

Góra z górą 4

Mija z grubsza pół godziny. Po lekkim odbiciu na południowy zachód, pilnując stale żółtych znaków, docieramy do styku uliczki Janosika i Wolęcińskiej. Las otacza nas bezustannie, a miano „ulica” jest tutaj symboliczne i dotyczy zwykłych pieszych duktów w gęstwinie. Drogowskaz pokazuje kontynuację szlaku ku leśniczówce Zbójna Góra, zdecydowanie na zachód, w stronę otwockiej linii kolejowej. My jednak wybieramy urocze obrzeża Radości, z rzadka zabudowane domkami indywidualnymi z ogródkami lub sadami i zorganizowane w szachownicę malowniczych wiejskich uliczek. Wchodzimy w wąską podleśną ulicę Janosika, zmierzającą na wschód, by potem odbić na południe, w uliczkę Kwitnącej Akacji. Na rogu Powiatowej skręcamy znowu ku wschodowi. Przecinamy Artystyczną – jakże tu sielsko i niestołecznie! – Cementową (a cóż to znowu za okropna nazwa w tym raju!) – i Sinogórską, oznaczającą zapewne bliskość trzeciej w okolicy, Sinej Góry. Wiśniowa, Zbójna, Sina… Nieźle jak na jeden dzień, ale ciągnący się wzdłuż Wisły wał wydm, dawnych jej brzegów, tworzy przecież w rejonie Warszawy, i to po obu stronach Królowej Polskich Rzek, niejedną „Górę”. Wreszcie, przyjemnie, ale i porządnie utrudzeni, docieramy do ulicy Podmokłej, skręcamy w nią na południe i po kwadransie leśno-wiejskiej trasy, ekstensywnie zabudowanej rozrzuconymi domkami, osiągamy zagubioną na „końcu świata” pętlę autobusów 161 „Zbójna Góra”. Jeżdżą co pół godziny, mamy więc chwilę na odpoczynek, kontemplację ciszy i wszechogarniającego spokoju.

Góra z górą 5

Ostatnim akordem wycieczki jest nieco dłuższy od wyjazdu powrót. Uroczą mikrobusową linią 161 docieramy do przystanku „PKP Radość”, a stamtąd większym autobusem 521 lub pociągiem – linią Szybkiej Kolei Miejskiej S1 Otwock-Pruszków bądź Kolejami Mazowieckimi relacji Dęblin-Pilawa-Warszawa Zachodnia – do różnych rejonów stolicy. Koleje jednak chwilowo odradzamy, bo trwają żmudne remonty torów i komunikacja między Otwockiem a centrum Warszawy lepiej wypada w wariancie kołowym. Do domu dowlekamy się cudownie wykończeni, pełni wrażeń, z wonią lasu w nozdrzach i naładowanymi bateriami duszy. Ciała także, ale o tym dowiemy się dopiero następnego dnia, gdy minie podróżniczy trud, a ze stóp zejdzie zdrowa marszowa opuchlizna. Pozostanie wszakże zastrzyk rozsadzającej organizm energii.

PS. W trakcie pisania niniejszego wiśniowo-zbójeckiego (i sinego poniekąd) tekstu żona w kuchni drylowała wiśnie na nalewkę i wszystko kojarzyło mi się właściwie. Wiśniowo i po zbóju, bo taka będzie, jak mniemam – znając żoniny talent do kordiałów – domowa wiśniówka. Córka natomiast w tzw. międzyczasie podkradała skutecznie owoce, chyba jeszcze nie zalane?… po czym przyszła do taty z lepkimi paluszkami, by się przytulić. Chciała jeszcze więcej słodyczy, a najlepiej – ukrytą gdzieś przed latoroślą czekoladkę, ale ja, wredny hipokryta od walki z pustymi kaloriami, sam je po cichu wyżerający, nie dałem, tłumacząc się szkodliwością takowej diety. No bom wiśnia. I siny zbój.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *