Dworking, czyli… odkrywanie „Slow Gniazd”

Want create site? With Free visual composer you can do it easy.

Do celu można dojechać najkrótsza drogą. I większość z nas pewnie tak robi. My tym razem postanowiliśmy zboczyć z głównego szlaku i w drodze z Warszawy do Kadyn nad Zalewem Wiślanym odwiedzić kilka niezwykłych miejsc. Tak jak to robili nasi przodkowie, którzy jeździli od dworku do dworku, odwiedzali rodziny, znajomych i nieznajomych, przez co ich podróż trwała czasem kilka dni, a nawet tygodni. Nie mieliśmy ustalonego szczegółowego planu. Wiedzieliśmy tylko jedno. Ruszyć musimy o świcie, bo przecież szkoda dnia. Jechaliśmy mniej uczęszczanymi drogami, bez pośpiechu, rozkoszując się perspektywą kilku wolnych dni. Chcieliśmy odwiedzić pensjonaty w starych dworkach, które bardzo ciepło wspominali nasi znajomi. Ale jak mówił Paulo Coelho: zawsze, kiedy robię plany na przyszłość, zaskakuje mnie teraźniejszość. Nie inaczej było tym razem.

Modrzewiowy dworek i tajemniczy ogród ukryte za kamiennym murem

Gdy minęliśmy rzekę Wkrę, zauważyliśmy stary kamienny mur, a na nim tabliczkę z napisem „Dworek nad Wkrą”. Brama była otwarta. Przypomniał mi się fragment „Pana Tadeusza”: Brama na oścież otwarta przechodniom ogłasza, Że gościnna i innych w gościnę zaprasza. Nie mogliśmy nie skorzystać z zaproszenia… i nie żałujemy. Do dziś wspominamy niezwykłą otwartość i gościnność właścicieli dworku: Zosi, prawnuczki dawnych właścicieli majątku Brudnice i jej męża Karola. To oni są duszą tego niezwykłego miejsca – starego, blisko 100-letniego dworku modrzewiowego i okalającego go 1,5 hektarowego parku – dumy jego założycielki, Stefanii Wilhelm-Budzich. Należy do rodziny od pokoleń, na każdym kroku widać ślady przeszłości i rodzinnych tradycji, pieczołowicie kultywowanych i pielęgnowanych przez młode pokolenie. Jak w wierszu Wiktora Dzierżanowskiego z 1913r.:

W starym dworze, modrzewiowym dworze,

Wszystko dzieje się na stary ład

Nic tradycji gwałcić tu nie może,

Choćby tego żądał modny świat…

Od kilkunastu lat potomkowie rodziny Budzichów prowadzą tu gospodarstwo agroturystyczne. Niewielkie, zaledwie 5 pokoi. To jednak wystarcza, by zdobywać najcenniejsze nagrody, w tym tytuł „Najpiękniejszego gospodarstwa agroturystycznego w kraju”. Nam wystarczyła zaledwie godzina by przekonać się, dlaczego tak się dzieje. I nie chodzi tu o luksusy, bo tych w starym dworku póki co nie znajdziemy. Choć Zosia i Karol wszystkie siły i fundusze wkładają w przywrócenie posiadłości jej dawnej świetności, to wciąż wiele jest do zrobienia. Ale się nie poddają. Dziś co innego jest ich największym atutem. To atmosfera ciepła i serdeczności, bijąca od gospodarzy, możliwość obcowania z naturą i historią tego miejsca, o której oboje potrafią snuć fascynujące opowieści. Stworzyli miejsce, w którym nikt nie czuje się samotny, a jednocześnie dające możliwość wyciszenia, odizolowania się od pędzącego świata. Dworek nad Wkrą przywitał nas rankiem zapachami świeżo wypiekanego chleba, swojskich wędlin i warzyw z własnego ogródka. Tradycją tego miejsca są wspólne posiłki – w zależności od pogody goście spotykają się przy jednym stole na świeżym powietrzu albo w pokoju stołowym. Nikt nie odejdzie stąd głodny. Nawet my, niezapowiedziani goście, dostaliśmy na pożegnanie słoik domowych konfitur z porzeczki. Jeszcze ich nie otworzyliśmy. Czekają na wyjątkową okazję. A my czekamy na kolejne spotkanie Zosią i Karolem w ich magicznym Dworku nad Wkrą.

 

Coś dla koneserów starych dworków, wyciszenia i… ryb

Z Brudnic wyjechaliśmy zauroczeni naszym niespodziewanym odkryciem. Podążyliśmy w stronę Górzna. Tam, wśród lasów Górznieńsko – Lidzbarskiego Parku Krajobrazowego, czekał na nas zabytkowy Dworek Wapionka. O tym miejscu słyszeliśmy wiele dobrego od naszych przyjaciół. Teraz mieliśmy okazję przekonać się osobiście, czy rzeczywiście łączy ono duszę starego domostwa ze szczyptą luksusu, jakim dla wielu z nas jest dziś możliwość wyciszenia się i odprężenia na łonie natury. I nie zawiedliśmy się. Do Dworku Wapionka dotarliśmy w porze śniadania. I od razu poczuliśmy się głodni. Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji Karczma Młyn. Mieści się ona w zrekonstruowanym, zabytkowym drewnianym młynie z 1766 roku. Wiedzie do niej drewniany mostek, wiszący nad pstrągownią przy jedynym w okolicy czynnym Kole Młyńskim. Ten widok wprawił niemal w euforię tę część naszej ekipy, która ryby może jeść każdego dnia. Ale prawdziwa uczta czekała na nas w środku: pyszne, domowe wędliny, pasztety, sałatki, sery i kilka gatunków ryb – od wędzonego pstrąga po marynowanego śledzia. A na deser – domowe ciasta i aromatyczna kawa… Wszystko w pięknych, wysmakowanych wnętrzach, z panoramicznym widokiem na pobliskie jezioro. Tuż po śniadaniu zeszliśmy zresztą nad samą wodę. A tu: piękna piaszczysta plaża, pomost, sprzęt wodny, a kilka metrów od brzegu miejsce, gdzie smażone są pstrągi na kamieniu. To jedna z kulinarnych atrakcji Dworku Wapionka. Ale nie jedyna, jaka czeka na gości. Można tu łowić ryby nad prywatnym jeziorem albo zajrzeć do „Zakątku Piękna”, czyli mini SPA. Cała posiadłość, obejmująca aż 7 ha, pozwoliła właścicielom na stworzenie w tym miejscu oazy ciszy i spokoju. Nie udało nam się obejrzeć wszystkiego, ale bez wątpienia powrócimy tu na dłużej. Choćby po to, by zamieszkać w 200-letniej, w pełni odrestaurowanej chałupie i popływać w czystych wodach Pojezierza Brodnickiego. Póki co nie pozostawało nam nic innego, jak ruszyć w dalszą drogę…

 


Polecamy sielskie pensjonaty i hotele >>>

2 sielsko

Tradycja i nowoczesność w jednym

Przejechaliśmy zaledwie 25 km., gdy na trasie Brodnica – Nowe Miasto Lubawskie zauważyliśmy tablicę z drogowskazem i napisem: Głęboczek. Vine Resort & Spa, 2,5 km. Rozgorzała dyskusja – zbaczać kolejny raz z trasy, czy jechać dalej. Zwyciężyła ciekawość nowych miejsc. Samo położenie ośrodka, wśród wzgórz Pojezierza Brodnickiego, było obiecujące. I rzeczywiście. Intuicja nas nie zawiodła. Choć w pierwszej chwili nieco przeraziła nas ilość aut zaparkowanych przed hotelem. Obawialiśmy się, że będzie to ogromny hotel bez wyrazu, przypominający wiele innych rozsianych po urokliwych zakątkach naszego kraju. Nic bardziej mylnego. To naprawdę miejsce wyjątkowe, wyrosłe na bazie oryginalnego, wiejskiego siedliska, łączące w sobie elementy historycznej architektury zagrodowo–dworskiej oraz nowoczesne rozwiązania techniczne. Wszystko jest tak rozplanowane i zaprojektowane, że naprawdę każdy znajdzie tu miejsce na wyciszenie, relaks, chwilę oddechu. Przestrzeni nikomu nie zabraknie… Goście znajdą tu wszystko, co jest im potrzebne, by odpocząć i „naładować akumulatory”. I zrobią to w otoczeniu prawdziwie luksusowym, ale jednocześnie nie będą się czuli skrępowani, onieśmieleni. Nas urzekły widoki, rozpościerające się z tarasu. Niczym niezmącone piękno natury, przylegająca do hotelu winnica, w dole czyste wody jeziora zapraszały do dłuższej wizyty. Niestety nie tym razem. To był przecież tylko niespodziewany postój, a na nas czekały piękne, kręte drogi Warmii i Mazur.

Harmonia, intymność i kuchnia ekologiczna

A te okazały się pełne wyzwań, przede wszystkim dla „pilota”, który chciał nam pokazać Młyn Klekotki, hotel położony w trójkącie zabytkowych miast: Pasłęka, Morąga i Ornety. Nie było łatwo tam trafić. Ukryty w lesie kompleks – choćby z racji swojej lokalizacji – gwarantuje gościom ciszę i spokój. Ponad stuhektarowy teren wokół hotelu zapewnia intymność. Do tego rustykalne wnętrza, kuchnia, oparta o ekologiczne produkty z własnej hodowli i naturalne bogactwa Warmii i Mazur oraz szeroka oferta zabiegów SPA. Trudno znaleźć podobne miejsce w okolicy. Nas szczególnie zauroczył nowy budynek Klekotki Sento Spa. Powstał w efekcie zaadaptowania oryginalnej, mazurskiej stodoły. Tak naprawdę jednak stworzono zupełnie nowy, dość ekstrawagancki obiekt, który jego architektom udało się wkomponować w skarpę schodzącą do rzeki. Tu nie ma dwóch takich samych ścian i kątów. Wnętrza „stodoły” zaskoczyły nas połączeniem drewna, stali, szkła i betonu. Wbrew pozorom powstało przytulne miejsce, inspirowane kulturą japońskich tradycji łaziebnych. Nie dziwi nas, że obiekt ten określany jest mianem jednego z najciekawszych budynków w Europie. Cały kompleks zresztą może, a nawet powinien budzić podziw wśród przyjezdnych. Budynki toną w zieleni, zewsząd dobiega kojący szum wody. Nam towarzyszył podczas południowej kawy, pitej na werandzie dobudowanej do dawnej stajni, teraz restauracji. Po kawie wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer wokół Młyna. Chcieliśmy zobaczyć słynne jacuzzi na świeżym powietrzu, w którym wieczorami można się odprężyć i cieszyć oczy widokiem rozgwieżdżonego nieba. Sami chętnie byśmy skorzystali z takiej możliwości, ale niestety… Czas nie stoi w miejscu, a nas wciąż dzieliło wiele kilometrów od celu naszej podróży. Gdy już opuszczaliśmy gościnne progi hotelu Młyn Klekotki moją uwagę przykuło jedno ze zdjęć wiszących na ścianie holu restauracji. Spoglądał na mnie uśmiechnięty gentleman w średnim wieku. Rozpoznałam w nim amerykańskiego aktora, który, jak się okazało, jest częstym gościem hotelu. Nie mogłam sobie jednak przypomnieć, jak się nazywa. Trapiło mnie to przez całą drogę do samochodu. Dopiero za bramą Młyna Klekotki „doznałam olśnienia” – tajemniczym mężczyzną na zdjęciu był Stacy Keach.

Powiedzieć o tym miejscu: wyjątkowe – to za mało

Towarzysze mojej podróży byli już jednak myślami gdzie indziej… Starając się ominąć korki i remontowane drogi, podążaliśmy w kierunku Kadyn – celu naszej podróży. Było już późne popołudnie, gdy – klucząc objazdami – dotarliśmy nad Zalew Wiślany. Jechaliśmy trasą Frombork – Elbląg, będącą fragmentem Szlaku Kopernikowskiego, szukając jakiegoś drogowskazu, który doprowadzi nas do hotelu Srebrny Dzwon w Kadynach. To w nim mieliśmy się zatrzymać na weekend. Znowu jednak jedna mała tabliczka przy drodze sprawiła, że plan szybkiego dotarcia do hotelu legł w gruzach. Bo jak tu nie odwiedzić miejsca o nazwie Biała Leśniczówka? Zwłaszcza, że mamy w grupie myśliwego… Skręciliśmy w lewo i po chwili wjechaliśmy w las. Droga, wiodąca do Białej Leśniczówki nie była gładka. Wręcz przeciwnie. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy w ogóle dojedziemy tam zwykłą osobówką. Ale nasz kierowca lubi ekstremalne trasy. Mijaliśmy pasące się na śródleśnej łące konie i ogromne połacie terenu przekształcone w tym roku w winnicę. Widok, jaki zastaliśmy na miejscu wprost odebrał nam mowę. Aż żal, że takie siedlisko jest głęboko ukryte w lesie i nie każdy do niego trafi. A może wręcz przeciwnie… Może trafiają tu ci, którzy mają trafić. Tak jak ekipa najnowszego filmu Ryszarda Bugajskiego „Układ zamknięty”, która kręciła tutaj część zdjęć. Nam udało się zastać i porozmawiać z właścicielką tego raju na ziemi. I zajrzeć za bramę leśniczówki. Tak odkryliśmy kolejne miejsce, któremu nowi właściciele starają się przywrócić dawną świetność. W końcu to posiadłość wybudowana na początku XX wieku dla niemieckiego cesarza Wilhelma II, który organizował tu słynne na całe Prusy Wschodnie polowania. Wszystko wokół zostało pieczołowicie odrestaurowane. Teraz zachwyca olśniewający dach kryty strzechą (duma właścicielki), odnowione szachulcowe elewacje, rozległy widokowy taras na dziką wokoło przyrodę i wypielęgnowany ogromny ogród – leśne uroczysko – ze swobodnie poruszającymi się po nim zwierzętami, które w Białej Leśniczówce znalazły swój dom. Gospodarze hodują tu nie tylko bażanty i konie, ale także daniele czy jelenie Sika. No i oczywiście cudowne psy, które są niezastąpionymi stróżami i opiekunami, a jednocześnie przyjaciółmi i towarzyszami zabaw czy spacerów. Nie sposób nie zakochać się w tym miejscu. I pomyśleć, że mogliśmy do niego w ogóle nie trafić…

Współczesny „dworking”, czyli sposób na niemęczącą i inspirującą podróż

To właśnie najbardziej lubimy w naszych wyjazdach. Nigdy do końca nie wiemy, co i kogo spotkamy po drodze, gdzie poprowadzą nas mniej uczęszczane szlaki. Bo w podróży często najfajniejsze jest to, co niezaplanowane… I choć eskapada do Kadyn w naszym wydaniu trwała prawie 12 godzin i nie skupiliśmy się tym razem na zabytkach czy miejscach historycznych, to dzięki kilku postojom w urokliwych gościńcach po drodze zamieniła się w inspirującą podróż w nieznane, swoisty „dworking” we współczesnym wydaniu. Kto wie, ile jest jeszcze takich nieodkrytych i unikatowych „slow gniazd” w naszym kraju, za którymi kryją się ludzie z wielką pasją? Może czas powiedzieć o nich coś więcej, poznać je bliżej, zachłysnąć się ich historią i teraźniejszością? Z pewnością jednak warto je odkrywać – planować tak podróże, aby zatrzymywać się w nich jak najczęściej.

 

Polecamy dworki, wille i pałace z historią w tle >>>

2 sladami

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *