Cztery strony smaku, czyli cały świat na widelcu

Ta książka to stół, do którego zasiadło nie lada towarzystwo – od Anthony Bourdaina, przez autorów słynnych blogów i programów kulinarnych, pisarzy, poetów, po podróżników piszących dla najlepszych gazet. Przy „stole” toczy się rozmowa… o podróżach. Dalekich i bliskich, w przestrzeni i w czasie. Czasami robi się strasznie, czasami dziwnie, a czasami po prostu bardzo smacznie. „Ile posiłków, tyle wspomnień.” Ile podróży tyle odkryć…

Jesteśmy tym, co jemy. Czy jemy to, czym jesteśmy? Naszymi czasami rządzą różne mody i trendy, udziela się nam potrzeba uczestniczenia w pięknym, kolorowym świecie medialno-wirtualnym. Jeżeli chcemy kogoś zainteresować sobą, to już nie wystarczy rozmowa lub dobry tekst zamieszczony na blogu. Wszystko musi być okraszone barwnymi, sfokusowanymi zdjęciami. To samo stało się z jedzeniem – oglądamy piękne aranżacje stołów i talerzy, likujemy i popadamy w… obżarstwo z powodu niemocy i stresu. Albo wycinamy kolejny „ładny przepis” i…

Opowieści zgromadzone w tej książce nie są okraszone obrazkami. Za to przemawiają prawdziwością doświadczeń. To prawda, jest tu mowa o największych kucharzach naszej epoki i gwiazdkach Michelina, zaglądamy za kulisy kuchni El Bulli Ferrana Adrii i jemy kolację u Paula Bocusa w Lyonie, jednak główny nurt tych opowiadań płynie w kierunku prostoty, pierwotnych doświadczeń, bliskości i gościnności. Niejednego zdziwi do jakich jadłodajni prowadzi nas wspomniany Anthony Bourdain: „… te jadłodajnie (…) z pewnością nie są modne – oraz zdecydowanie nie mają nic wspólnego ze słowami trendy i cool – sprawiają tak naprawdę, że Nowy Jork jest wyjątkowym miejscem.” Autorzy tekstów głównie skupili się na tematach „utraconych”… bliskich relacjach rodzinnych, spotkaniach człowieka z innym człowiekiem, w nieznanych sobie okolicznościach, na wspomnieniach, empatii. Te relacje, jak się okazuje, najłatwiej nawiązać przy posiłku i w trakcie podróży.

Jak wielu z nas, w czasach tzw. menu kontynentalnego (cokolwiek to znaczy, a zwykle jedzenie bez smaku i duszy), kojarzy jeszcze podróże ze… „smakiem”. Oczywiście są tacy, którzy się tutaj oburzą, ale czy nie wybieramy naszych wyjazdów wakacyjnych z tzw. katalogów all inclusive? Czy nie popadamy w „smakoszostwo” ilościowe a nie jakościowe? Robimy tak, bo tak jest taniej! Dokładamy w ten sposób kolejny kamyczek do jedzenia bez twarzy, autora, z najtańszych składników. Przypominam sobie, jak sama skorzystałam z takiej oferty na Sycylii i gdybym już drugiego dnia nie wybrała się do Palermo i nie zjadła w miejscu poleconym mi przez lokalną przewodniczkę, wyjechałabym z wyspy słynącej z najlepszej kuchni we Włoszech z myślą, że nic wstrętniejszego w życiu nie jadłam. A hotel był kategorii 3* superior! Lecz czy da się przygotować smaczny posiłek na kilkaset osób w tym samym czasie i trzy razy dziennie?

Zresztą nie tylko o smak tutaj chodzi. Wędrujemy z autorami tej publikacji poprzez terroiry różnych krajów, miejsca odległe, często niedostępne „przeciętnemu odkrywcy uroków świata”. Wkraczamy do domów biednych, lepianek, szałasów Szerpów, domów budowanych na drzewach i ponownie odkrywamy, że gościnność i ciekawość drugiego człowieka tam właśnie się mieści, że wraz z cywilizacją, komunikacją, Internetem, gubimy autentyczną bliskość i szacunek dla drugiego człowieka. Jedzenie łączy, zbliża, otwiera, pozwala zrozumieć… czasami też rzeczy bolesne – że się dwie połówki nie dobrały, że się nie dogadamy, bo dzieli nas przepaść nie do przejścia zamknięta… w słoiku masła orzechowego. Co to znaczy? Człowiek ciekawy nowych smaków jest również ciekawy świata. W potrawie mieści się historia, tradycja i kultura „kucharza”. Osoba zachowawcza w sprawach żywieniowych, nie zawsze jest otwarta na nowe doświadczenia również w innych sferach życia. Takim testem może okazać się podróż z najbliższą sobie osobą… najbliższą do czasu.

Nie wiem, czy sobie uświadamiamy, że podróże, kreatywność, nowe technologie od zawsze były związane z jedzeniem. Nasi praprzodkowie wynaleźli ogień i odkryli, że jedzenie pieczone i gotowane smakuje lepiej. Zasiedlali nowe, żyźniejsze, obfitujące w lasy i zwierzynę tereny. Wyprawiali się za oceany – odkrycia geograficzne przyspieszyły przełom w mentalności Europejczyków, asceza ustąpiła miejsca przyjemnościom życia, nowe bogactwa oraz oszałamiające smakiem, aromatem i barwą przyprawy i nowe gatunki roślin i zwierząt wzbogaciły wyobraźnię kucharzy. Później jednak ci sami kucharze, najlepsi z najlepszych, wyruszyli do źródeł smaków, które już znali. I co odkryli? Mianowicie, że uczyć się muszą od nowa – od lokalnych gospodyń, sięgać po mądrość ludową i najprostsze sposoby produkcji i przygotowywania potraw; że smak i zapach jest przypisany danej ziemi, porom roku, pogodzie, kulturze i tradycji; że nie da się go odtworzyć, podrobić, oszukać; że nie da się „zaczarować stołu”, rozstawić go gdziekolwiek, gdyż zawsze już kogoś zabraknie, jedno danie będzie się różnić, wieczór już nie będzie taki parny… Nie da się „przewieźć” pewnych smaków tak samo, jak nie da się odtworzyć pewnych klimatów. Na szczęście się nie da.

Ludzie ciekawi świata, podróżnicy, otwierają nas na inne doświadczenia, rozbudzają w nas ciekawość, popędzają nas wszystkich w świat. Docieramy do miejsc, które zostają nam w pamięci poprzez ludzi, krajobrazy, kulturę i kuchnię.

Anglia już zawsze będzie mi smakowała rewelacyjnym Christmas pudding i brandy butter w domu rodzinnym mojej koleżanki pod Bath. Najlepsze owoce morza zjadłam na wyspach Phi-Phi w restauracji przy plaży skleconej na palach. Do Brukseli pojechałam specjalnie na świeże ostrygi, jadłam je skropione cytryną z papierowej torebki na ławce (bo nie było mnie stać zamówić je przy stoliku), a woda morska spływała mi po brodzie i palcach. Te w Paryżu, w restauracji, już nie były takie same. Od Davida Downie, jednego z autorów tej książki, dowiedziałam się dlaczego w Ligurii bazylia pachniała mi… miętą – we wrześniu staje się już zbyt aromatyczna. Gospodarstwo mojej babci to gęsta śmietana na pajdzie domowego chleba i rosół nad rosoły. Stany Zjednoczone to dla mnie placki z syropem klonowym na śniadanie nad Niagarą (syrop klonowy na szczęście można zabutelkować). Budapeszt to pierwsze doświadczenie z aromatem i smakiem prawdziwej kawy. Prowansja to gospodarze mówiący w dialekcie prowansalskim, komunikowaliśmy się poprzez… jedzenie – codziennie rano znajdowałam na zacienionym, jak w obrazie van Gogha, tarasie koszyk z warzywami i owocami z ich ogródka z dodatkiem pasztetu i wina własnej roboty. Ja wręczałam im foliowane, przywiezione ze sobą na wszelki wypadek kabanosy. Kreta… Lizbona… Dolina Renu… Toskania… Kampania… Bankok… Barcelona…

Czas chyba napisać kolejny rozdział tej książki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *