Choszczówka mojej Mamy

Want create site? With Free visual composer you can do it easy.

 

Grudniowa przedświąteczna przechadzka po Lasach Białołęckich i Legionowskich, odbyta z niezawodnym do takich ekspedycji kolegą Jurkiem Socałą, zamiast – co zapowiadali kpiarze – przerodzić się w Kabaret Leśnych Panów lub Rajd Wiecznych Studentów, stała się okazją do miłych wspominek rodzinnych sprzed lat, zakończonych wizytą w uroczym Dzikim Zakątku, gdzie grzaniec smakuje… no, jak to w lesie. Wspomnienia te zostały ubrane w formę pisemną – i oto one.

Miejsce to łatwo skojarzy każdy mieszkaniec Choszczówki: akacjowe zarośla panoszące się na rogu Piwoniowej i Kłosowej, vis-à-vis wschodniego peronu stacji. Jednak nie wszyscy znają przeszłość urokliwej, owianej mrokiem zapomnienia działki.

Basia i Izia na tle domu, zapewne zima 1932-33 lub 1933-34 (Medium)Na przełomie lat 20. i 30. XX wieku Towarzystwo Przyjaciół Osiedla „Choszczówka”, założone przez Franciszka Wodiczkę, sołtysa w latach 1927-1933, prowadziło akcję osiedleńczą na wschód od torów – w Brzezinach Nowych, Łapigroszu i Różopolu. Nazwa „Choszczówka” dotyczyła wówczas osady po zachodniej stronie kolei, od I poł. XIX wieku związanej z dworem przy Dębowej. W gronie twórców nowej Choszczówki, wtedy zwanej Brzezinami (dziś Choszczówka Wschodnia), był mój Dziadek Ignacy Kupiecki (1891-1966). Osiadł z mą Babcią Heleną z Perzynów (1895-1973) jakiś kilometr na wschód od stacji, w domu zwanym w tradycji rodzinnej „Starym Domkiem”. Było to około 1922 roku, kiedy na świat przyszła moja Ciocia Barbara Kupiecka, potem Jakubowska (zm. tragicznie 1941).

Nowy Domek (Medium)„Stary Domek” szybko okazał się ciasny i niewygodny, zwłaszcza że w roku 1924 rodzina powiększyła się o moją Mamę – Izabelę Kupiecką (od 1956 Strumińską, zm. 2005). Około roku 1932, wspólnie z bliskimi krewnymi, Dziadkowie wybudowali „Nowy Domek”. Wyrósł szybko, w ramach akcji osiedleńczej sołtysa Wodiczki, tuż przy stacji kolejowej. Była to drewniana, parterowa konstrukcja na podmurówce, z dwiema werandami, zwrócona frontem na zachód. Działka liczyła około 5 tys. metrów kw. na planie zbliżonym do kwadratu. Jej zasięg wyznaczają dziś gęste zarośla róg Piwoniowej i Kłosowej. Na posesji, oznaczonej obecnie numerem Piwoniowa 36, róg ówczesnej Wczasowej (ob. Kłosowa), prócz Dziadków, Mamy i Cioci zamieszkali krewni – siostrzenica Babci Zofia z Gruszczyńskich (1902-1985) z mężem Kazimierzem Szczęsnym (1899-1970), synem Jerzym (1924-1992) i siostrą Martą Gruszczyńską (1904-1999). Do domowników należała też przybyła z północnowschodnich Kresów gosposia Zofia Czernianin. Ozdobą i pupilem domostwa był ratlerek Kajtek.

Dziadek, zapewne lata 20. (Medium)Dziadek Ignaś słynął w Choszczówce jako notoryczny dowcipniś. Do rodzinnej legendy przeszły jego krwiste szmoncesy opowiadane w pociągu proszącym usilnie o taki spektakl legionowskim starozakonnym, z dala już wołającym przez okno wagonu: „Panie Ignacy, do nas, do nas!”. Niestety, Mama nie przekazała mi ich treści, może w obawie o moją moralność. Spośród bezliku psikusów urządzonych domownikom w skarbcu pamięci ocalało ledwie parę. Tajemnicze zniknięcie ze stołu wielkanocnej szynki, wciągniętej zmyślnie na strych przez klapę w suficie, „duch” ukazujący się w rosnących przed domem brzózkach czy kukiełkowa Baba Jaga z teatrzyku dla dzieci z sąsiedztwa, ubrana w płaszcz uszyty ze starego szlafroka Babci Helenki. Oj, dostało się Dziadkowi za niektóre „szpasy”… Raz tylko przelicytował go spokojny Wujek Kazio, strasząc panie – ale i zaskoczonego Dziadka – sztuczną myszą wyskakującą spod łóżka.

Dziadek na motorowerze (Medium)Opowieści Mamy to także wyprawy z Dziadkiem do Zegrza, Nieporętu czy Buchnika, na motorowerze lub polskim fiatem 508. Dziadek-inżynier był dość ważną figurą w fabryce ciągników w Ursusie i mógł sobie na takie cacko pozwolić. Snute wieczorami, powtarzane przez lata historie z dawnej Choszczówki stały się kanonem domowych baśni i klechd. O tym, jak Dziadek wyniósł w worku „na Czajki” nieznośnego kota, wypuścił go przy jakiejś chacie… a kocurzysko wróciło nocą i bladym świtem zameldowało się przy misce, miaucząc niemiłosiernie i budząc cały dom. O tym, jak saniami wyruszano na magiczne, mroźne i śnieżne pasterki do Płud. Jak Mama, nieodrodna córka Dziadka, zaczęła płatać figle rówieśnikowi Jurkowi, m.in. namawiając Go skutecznie do zjedzenia „zdrowej” gąsienicy. Jak urządzano leśne pikniki w legionowskim borze, wyprawiając się także do Bardzo Smutnego Miejsca, czyli na Wydmy na Końcu Świata – a może na końcu Stumilowego Lasu dzieciństwa? – z których podziwiano panoramę Grabiny. Jak chore Mama i Basia rozciągnęły między łóżkami most-gumę do żucia, by słać sobie liściki. W domowym archiwum zachował się list od Świętego Mikołaja z 1931 roku, wysłany grzecznym dzieciom do Choszczówki prosto z Nieba, nie zaś z Laponii (stempel „Niebo” nie pozostawia wątpliwości). Rzecz jasna, Dziadek nie przyznał się do autorstwa.

Na werandzie, czerwiec 1939 (Medium)Były też historie groteskowo-tragiczne. Jak ta o „kurzym kapitanie”. Do posesji przylegało od wschodu gospodarstwo kapitana Józefa Choroszuchy. Miał on obsesję na punkcie kur przechodzących pod siatką do ogródka mojej Rodziny i składających tam – złośliwie – jajka. Ba, Dziadkowie czy Wujostwo rzekomo wabili kokoszki na swój teren. Doszło do paru awantur, a stosunki sąsiedzkie ułożyły się fatalnie. Finał groteski jest jednak po polsku tragiczny. Kapitan Choroszucha znalazł się na liście katyńskiej… Zapowiedź tragedii wojennej miała zresztą w Choszczówce wymiar szczególny. Osada oraz okoliczne wsie, np. Grabina, Józefów, Szamocin, były w znacznym stopniu zasiedlone przez osadników niemieckich – Grabina niemal całkowicie. Sołtys, inny sąsiad Dziadków i Wujostwa z południowej pierzei ulicy Willowej (ob. Kłosowa), nosił nazwisko Heller i był Niemcem. Inna sprawa, że po wybuchu wojny nie wszyscy pozostawili po sobie złe wspomnienia, a sołtys należał ponoć do tych „dobrych Niemców”.

Wujek Jerzy Szczęsny w centrum, za nim z lewej Mama, stacja Choszczówka, lata wojny (Medium)Wiele wspomnień kręciło się wokół wypraw kolejowych do Warszawy, na Dworzec Gdański. Mama i Ciocia uczęszczały do żeńskiej „pensji” pani Tymińskiej na ulicy Traugutta, znanej i cenionej. I musiały zdążyć na poranny pociąg. Z dala już dobiegał świst parowozu, a gdy zaspane dziewczynki dobiegały do furtki od Piwoniowej, dymiąca kolejka wytaczała się zza odległego zakrętu. Ot, zaleta mieszkania przy kolei, dziś trudna do pojęcia. Z Dworca Gdańskiego dalsza droga wiodła tramwajem, przez Plac Muranowski, Nalewki, Bielańską i Plac Teatralny. Mama doskonale zapamiętała klimat dzielnicy żydowskiej. W niektórych sklepikach wręcz zaczepiano zaglądające tam „nielegalnie” ciekawskie siostry: „Niech panienki koniecznie przyjdą z Tatą, będzie wesoło”. Dziadek Ignaś pewnie by wybaczył zejście z ustalonego szlaku, surowa Babcia Helenka – raczej nie. Udział w innych atrakcjach rozbawionej Warszawki także trzeba było taić. Gdy Izia z Basią zapragnęły wykraść się do kina na szlagierowy wyciskacz łez, melodramat Biały Murzyn, musiały uruchomić niezawodną do takich hec Ciocię Marcię, z którą upozorowały ciastkowo-lodowe obżarstwo u Lardellego na Wierzbowej. Z detalami, profesjonalnie. Ale i tak się wydało.

Koleżanki, kwiecień 1943 (Medium)„Pensja dla panienek” pani Tymińskiej to temat na osobne memuary. Z rozlicznych relacji Mamy wspomnę tylko budzącą respekt przełożoną, już wówczas uroczo staromodną, z nieodłącznym lorgnon i w sukni do ziemi o stu guziczkach. Do ciała pedagogicznego zwracano się obowiązkowo per „paniutku”. Egzotycznie brzmią w uszach nazwiska koleżanek Mamy i Cioci, odzwierciedlające wieloetniczność II RP. Zapamiętałem tylko dwa: Gizella Birnbaum i Ingeborga Zauszupin. Prócz córek żydowskich przedsiębiorców do szkoły uczęszczały dziewczęta z rodzin luterańskich, prawosławnych i katoliczki oraz… tatarskie muzułmanki. Takie czasy, koloryt i czar, który nie powróci. W pamięć wryła mi się relacja Mamy z wycieczki szkolnej na Kresy i podróż rzecznym parowcem koło Pińska. Obok statku biegł boso wiejski chłopak, zdążając do miasta po odrobinę cukru dla chorego. Wystrojone „panienki i paniutki” na pokładzie – i ten obraz. Polesia czar?… To także II RP. Tak jak inna wycieczka, rodzinna do Gdańska, gdy Babcię zepchnęli z chodnika rozwrzeszczani wyznawcy Führera.

Książka z Choszczówki (Medium)Jak cenne relikwie przechowuję pocztówkę Cioci Basi przysłaną do „Choszczówki koło Warszawy” ze szkolnej wycieczki do Poznania i egzemplarz powieści Joan Grant Uskrzydlony faraon, wydanej przez Towarzystwo Wydawnicze „Rój” w Warszawie w 1939 roku, ze stemplami BIBLIOTEKA Twa PRZYJACIÓŁ OSIEDLA „Choszczówka” oraz NIE NISZCZYĆ KSIĄŻEK. Inna pieczątka głosi, że jest to dar Władysława Matejki. Mama wypożyczyła książkę i niestety – nie zdążyła oddać. I tak, nieuchronnie, dochodzimy do końca sielanki. Pierwsze wojenne wspomnienie, wspólne wielu mieszkańcom Choszczówki, to zestrzelony nad osiedlem polski lotnik. Mama i Ciocia, które w piątek 1 września 1939 roku nie pojechały pociągiem do szkoły, pobiegły na ulicę Widną, gdzie miała miejsce tragedia. Kolejne wyłowione z pamięci wspomnienie to paniczna ucieczka hen! na wschód, tułaczka po drogach, stodołach i rowach, a wreszcie powrót do domu, szczęśliwie ocalałego z zawieruchy kampanii wrześniowej. Rok 1941 to wielka tragedia rodzinna – samobójcze odejście Cioci Basi, wkrótce po niezaakceptowanym przez Dziadków ślubie. Miała tylko 19 lat… Potem konspiracyjne lata 1942-1944. Mama i Wujek Jurek Szczęsny działali w lokalnych strukturach AK, które były tu dość aktywne. Postawa sołtysa Hellera, etnicznego Niemca niedonoszącego na uczestników ruchu oporu, odegrała tu ponoć istotną rolę. O wojennych dramatach Choszczówki opowiedziałby więcej z pewnością pan Jerzy Korulski, bohater miejscowej AK. Inny znawca lokalnej przeszłości, pan Zbigniew Bzinkowski, zmarł niestety w 2013 roku w wieku 90 lat. Coraz mniej świadków… W archiwum domowym została fotografia legitymacyjna Mamy z 1942 r. z podpisem nowego sołtysa, Malickiego. Inne nazwiska? Niewiele pozostało w pamięci. Kostek Borkowski, Zbyszek Grynczel, Andrzej Pluciński alias Szalawski – spokrewniony z innym aktorem, Tadeuszem Plucińskim. Cóż, Choszczówka pozostaje „zagłębiem aktorskim” do dziś. Mieszka tam m.in. ulubieniec publiczności Artur Barciś.

Rodzina w brzózkach przed domem, pośrodku ratlerek Kajtek (Medium)Przygnębiające były te wspomnienia okupacyjne – owe rewizje na Dworcu Gdańskim, poszukiwanie szmuglu (spirytus, olej, mięso), bibuły czy broni, owe przytorowe tabliczki „Kohlenkrau” z trupią czaszką (to dla śmiałków zrzucających węgiel z węglarek), no i te najokropniejsze – z czyjąś śmiercią. Na oczach Mamy zastrzelono kilku więźniów pracujących przy wagonach, w tym starszego Czecha, który na widok zbliżającej się dziewczyny krzyknął „panenka, ne!” – i być może uratował Mamie życie. Czmychnęła za wagony i uciekła do domu… Jesień roku 1944 przyniosła najgorsze – i dla Warszawy, i dla przyfrontowej Choszczówki. Huk dział od wschodu, powolne konanie legionowskiego boru, stacjonujący w domu Niemcy. A potem wielodniowa wegetacja w wykopanym zawczasu bunkrze, zagłada ukochanego siedliska, wypielęgnowanego ogródka, koszmarne, iście rzeźnickie widoki z bunkrowego okienka. Wreszcie – pijani zwycięstwem i wódką krasnoarmiejcy z pepeszami na sznurkach, żywiący się amerykańską „świńską tuszonką” z puszek i otrzepywaną o bryczesy marchwią rwaną wprost z ziemi. Gdy Dziadek Ignaś nasłuchał się od nich, że „u nas wsio takije”, a potem, zerknąwszy na detale willysa, wydukał – udając głupiego – „ma-de-in-USA… A, znaczit u was wsio takije?” – o mało nie zapłacił życiem za ten, chyba jeden z ostatnich, „szpas”. Kiedy cały znany świat wali się w gruzy, nawet dowcipnisiom mija chęć na żarty.

Któregoś szarego dnia, wkrótce po ustaniu walk w rejonie Warszawy, smutny i postarzały Dziadek Ignacy przyjechał na zgliszcza wraz z cieniem Wujka Kazia. Podumali na pustkowiu, popytali nielicznych ludzi. Wreszcie, dla poratowania głodującej Rodziny, za parę groszy sprzedali poharatany spłachetek, który jeszcze niedawno był Ich Choszczówką, a z wyroków losu Naszą Choszczówką nie został. Myślę jednak – patrząc na Ich Fotografie, teraz, gdy nikogo z Nich już nie ma, a i mnie goni czas – że pora to naprawić. Lepiej późno niż wcale.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *