Byłem na dnie! Wisły…

23 sierpnia, najpiękniejszy z mych tegorocznych, licznych spacerów nadwiślańskich. Godzina 5.47 wsiadam w autobus koło mego domu na Bemowie, 6.20 wysiadam na skraju Lasku Bielańskiego, przy Cmentarzu Włoskim. Ze 20 minut, by przejść przez węzeł Mostu Północnego – i widzę Wisłę!

Ruszam w dół rzeki, znajdując liczne ścieżki, wybierając te najbliżej wody. Niekiedy zaś da się iść samym brzegiem – przepraszam – niedawnym dnem Wisły. Czasem ścieżka ginie i cofać się muszę, czasem tak szeroka, że widać ślady kół terenówek.

Brzeg dość wysoki, 3-4 metry od poziomu wody do ścieżek. Ale na mijanych krzakach, drzewach powyżej mej głowy ślady dokąd powodzie sięgają – na gałęziach jakieś „przeżute” przez wodę papiery, szmatki…

Ludzi nie spotykam, warkot samochodów ucichł. Nie jestem więc zaskoczony, gdy widzę pierwsze drzewo ścięte przez wodnych drwali. Jedno z następnych ma świeżutkie ślady, chyba z tej nocy. Osada musi być duża, bo dalej nawet pięć obok siebie drzew ściętych lub dopiero podciętych przez bobry, niektóre częściowo okorowane. Są też co najmniej rok-dwa mające stare pieńki, charakterystycznie ścięte na skosy. Tam gdzie się spodziewałem, widzę wejścia do podziemnego mieszkania, może całej wioski. Jakieś półtora metra nad wodą. A bobry lubią do domu wchodzić na poziomie wody i/lub tuż pod nią. Ciekawe, jak brzmią bobrze przekleństwa pod adresem pseudoekologów, rzekomo w ich imieniu domagających się, „renaturyzacji” rzek, protestujących przeciw jakimkolwiek stopniom wodnym i umacnianiu brzegów… Gdy dziś bobry potrzebują drabiny, zaś innego dnia sprzętu do głębokiego nurkowania, by wejść do mieszkania.

Byłem na dnie Wisły 1 

Nieco dalej piasek na skarpie ułożony przez fale i wiatr w przepiękne wzory, częściowo przesłonięte drzewami i krzakami. Ale to nie piasek, lecz specjalna tkanina umacniająca brzeg. A durnie słysząc o zabezpieczaniu brzegów wrzeszczą, że to ich betonowanie!027

Ze dwa kilometry od osady bobrów znowu miejsce na rezerwat. Jedno z nielicznych miejsc nad Wisłą, gdzie dalej, jak przed wiekami, łowi się ryby z łodzi. Jest ich cała kolekcja. Niektóre, najstarsze, już na zasłużonej emeryturze, dalej od brzegu. Łodzie te i ludzie też zasługują na specjalną ochronę!

Byłem na dnie Wisły 2

W Burakowie nie przedostanę się na drugą stronę rzeki, choć jest prom. Niemal cały sierpień nie kursuje, stoi pośrodku rzeki. Zbyt niski jej poziom. Ale do Łomianek też nie pójdę – przynajmniej na razie. Wedle mapki idę między Wisłą a jej starorzeczem. Dawne koryto niemal cały czas suche. W pozostałych bajorkach czasem gwałtownie skaczą wielkie ryby, odcięte od porządnej wody. Niestety żadnej syrenki nie widzę. Ani ta dawna nie rzuca się w me ramiona, by mnie pocałować dla zdjęcia zaklęcia. Oj, chyba pomyliłem bajki, z tą o królewiczu zaklętym w żabę. Ale co ja zrobię, że mam bardzo wyrafinowany typ urody? Ani Syrenki 105 Lux też nie zobaczyłem.

048

Z wody miejscami powyłaziły wielkie kamienie, o które wcześniej często można było łódź uszkodzić. Niczym na górskiej rzece pojawiły się nawet bystrza!

Byłem na dnie Wisły 3 

Rezerwat Ławice Kiełpińskie. Ponad 800 hektarów Wisły i obu jej brzegów, lasów łęgowych i starorzeczy. W Warszawie i podwarszawskich gminach. Owszem – zawsze były tu piaskowe ławice i łachy, nad wodę wznosiły się kępy – wiślane wyspy.

Ale dziś można się solidnie zmęczyć, idąc od skarpy brzegowej do rzeki. Widoki jak na pustyni. Nieliczne roślinki, wyschnięte skorupy małżów i ślimaków. Spękana ziemia. Czasem pustynia robi się kamienista, czasem żwirowa. Widać i resztki cementowych detali. Na niektórych pojedyncze litery. Nie, nie hebrajskie. Alfabetem łacińskim, niektóre może cyrylicą. Więc niech dalej leżą.

Potępiamy Moskwę, że niemal zniszczyła Morze Kaspijskie, wysuszyła je. A co my robimy z naszymi rzekami? Od lat narzekam na sekwencje powodzi i suszy, w groźbę tej drugiej więcej osób dopiero w tym roku uwierzyło. Powtarzam, nasze rzeki przypominają water-closet – gwałtowne spuszczanie wody – czyli powódź. A potem zostaje g..o – bo jest susza…

Byłem na dnie Wisły 4 

Na jakiś czas, poniżej Łomianek, muszę wyjść na wał przeciwpowodziowy. W stronę rzeki tablica, że to obszar Natura 2000, Dolina Środkowej Wisły. Po drugiej stronie wału – budowane kolejne domy, niektóre pewnie Warszawiaków, takie „wypasione”. Gdy woda przerwie wał, nie tylko partery będą zalane, ale i połowa wysokości piętra. Ci ludzie po powodzi nie powinni wyciągać rąk po pieniądze ze Skarbu Państwa. Niech sami ryzykują. Albo niech będą dla nich odrębne, odpowiednio wysokie polisy – i składki. By swoją głupotą nie okradali nas wszystkich – albo ludzi ubezpieczonych, choć wodę widujących głównie w kranie. Przypomniał mi się wywiad w tv ze starostą jednego z wiślanych powiatów. Mówił, iż cieszy się oczywiście, że po powodzi rząd przyznał ponad sto milionów złotych na usuwanie w powiecie szkód powodziowych. Ale za cholerę nie rozumie, czemu wcześniej te same władze odmówiły 5 milionów, o które prosił na naprawę wałów przeciwpowodziowych…

Byłem na dnie Wisły 5

I inne skojarzenia. Kilka lat temu nad Wisłą jakiś Społeczny Patrol Ekologiczny wzywa policję i domaga się aresztowania psa i jego właściciela, żeglarza co do brzegu przycumował. Bo bydlę (wyjaśniam – mowa o psie!) zżarło pisklę sieweczki. Kilka dni później zeszła fala powodziowa, zabierając tysiące piskląt i gniazd.

No i słowa które przypisuję mojemu przyjacielowi, znanemu kajakarzowi, tłumaczącemu czemu przybija do brzegów także w miejscach, gdzie nie ma przystani. Bo są za rzadko – moim zdaniem powinny być szczególnie na Obszarach Natura 2000. Bym nie bał się idąc rano z saperką, iż wieczorem narobiłem w krzakach na roślinę prawem chronioną. By były Toj-Tojki (toalety), pojemniki na śmieci, stoły przy których można zjeść coś. A Józek? Tłumaczył, że jak 100 kilometrów rzeki nie ma przystani, to on jeszcze może sobie zawiązać na supełek. Lecz na tak długo nigdy mu się nie udało żony zatkać…

Znów ku rzece. Niespodziewany widok – rośnie kilka pięknych asparagusów setaceus. Ozdobnych roślin pochodzących z Afryki, kiedyś w Polsce hodowanych w cieplarniach, jako ozdoby bukietów. Może jakaś dziewoja nad Wisłą straciła wianek i stąd te rośliny? Pewnie tak – bo białe, dziewicze lelyje nie wyrosły…

Byłem na dnie Wisły 6 

Ponad godzinę temu próbowałem zadzwonić do domu, ale niestety byłem poza zasięgiem. Nic dziwnego – przecież byłem na dnie! Chodziłem tam, gdzie zwykle Wisła płynęła. Przekonałem się że kilka lat temu miałem rację, byśmy wyspę opływali nie z lewej strony. Tu dziś spacerowałem, zaś po prawej stronie jest jeszcze trochę wody. Nie sprawdzałem, czy 46 cm, nie próbowałem przejść na drugi brzeg.

Byłem na dnie Wisły 7

 

Z żalem, ale rozstałem się z Wisłą, choć kusiło by dalej iść. Ona inna niż ją zwykle widuję, taka mała, więcej swych tajemnic ujawniająca. Pogoda piękna i słoneczna, lecz już nie tak przytłaczający upał, jak tydzień temu. Drogami polnymi doszedłem dość solidnie zawracając w górę rzeki do Łomianek Dolnych, potem do tych „prawdziwych”.

Byłem na dnie Wisły 8

Po 4-5 godzinach od wyjścia z tramwaju na Bielanach wsiadłem w autobus w Łomiankach. Tam życie inaczej płynie niż w stolicy. Nawet autobusy wolniej jeżdżą! I choć czerwone, to nie warszawskie, lecz firmowane przez lokalne samorządy, z innymi biletami. Ja godnie, jak poseł jakiś, jechałem bez biletu. Mnie za to do więzienia już nie mogą zamknąć. Od czerwca mam nie poselską legitymację, lecz niepełnosprawnego w stopniu znacznym. Takie spacery robię za zgodą kardiologa. Obaj mamy nadzieję, iż odbudowa mięśni pozwoli przynajmniej częściowo zamknąć przepuklinę pooperacyjną, po operacji na otwartym sercu. No i zmieniam wagę. Ze 3 lata temu było prawie 120 kg, Teraz mniej niż 75 kg – różnica 45!!!

W planach następne spacery. Na prawym brzegu Wisłę odwiedziłem w tym roku tylko do Mostu Północnego. Zaś w górę do Grubej Kaśki, ciągnącej wodę spod dna Wisły, już przy Wale Miedzeszyńskim. Na lewym brzegu, poza opisanym spacerem, w innych doszedłem w górę rzeki do Mostu Siekierkowskiego. No i kawałek przy Wilanowie. Mam więc jeszcze do zrobienia co najmniej trzy spacery, w tym dwa po prawej, „azjatyckiej” stronie Wisły.

Ania już przestała się dziwić. Przypominałem wczoraj, że ma mi na komórkę wrzucić aplikację liczącą kilometry. Bo zadzwonię, iż na spacerze właśnie jestem już między Janowcem a Kazimierzem Dolnym!

Kilka lat temu miałem napisać wstęp do książeczki „Wędrówki nadwiślańskie”. Przez pomyłkę napisałem poemacik białym wierszem. Podobno nie tylko ja go dalej lubię…

Byłem na dnie Wisły 9

Ona, Wisła…

Spotykam się z nią nieregularnie, niekiedy widząc tylko z daleka, czasem spędzamy ze sobą

całe dnie i noce…

ONA – Wisła.

Czy wiecie, że Wisła jest Warszawianką?

Poznać to można po jej zmiennym charakterze.

Jednego dnia szaleje, przeraża. Potem tygodniami cicha, spokojna. Wręcz rozleniwiona.

No i te ciągłe flirty – potrafi jednocześnie romansować i z Krakowem – i z Gdańskiem.

Nie licząc pomniejszych adoratorów.

Oczywiście jest Polką – bardzo zaborczą, bo uważa, że większość kraju do niej należy…

Ale faktycznie nie mogę sobie wyobrazić Polski bez Wisły, Wisły bez Polski.

Jest też Europejką – bez kompleksów wobec większych krewnych.

Nawet chwali się, że ona taka dzika.

Ale jednocześnie coraz bardziej dba o urodę i higienę – nie ma ochoty, by w jej obecności nosy ludzie zatykali. Cóż – mamy XXI wiek.

Jako mieszkanka Stolicy ma liczne obowiązki, czasem sprzeczne ze sobą.

Ktoś widzieć w niej chce przebraną w ludowy strój ozdobę skansenu.

Ktoś wypomina, iż w przeciwieństwie do koleżanki – Paryżanki nie bawi się na bulwarach, nie zaprasza na setki statków i stateczków.

Albo – czemu uchyla się od ciężkiej pracy, na którą godzą się tacy kuzyni, jak Ren czy Dunaj.

Dla jednych jest boginią – opiekunką ptaków, ssaków i ryb, całej fauny i flory związanej z wodą.

Dla innych starą, niechlujną kobietą, bezmyślnie podtruwającą swoje dzieci, gdy próbuje je poić i kąpać.

Ale to kobieta z przeszłością – nie tylko szczęśliwą.

Nawet dziś potrafi zimą lody zatrzymać – a latem burzę z błyskawicami do siebie przywiązać. Opiekuńcze dłonie nad ważką rozłożyć.

Albo przywabić inne małe, delikatne zwierzątko. Na przykład łosia…

To wszystko prawda – ma znacznie więcej jeszcze twarzy. Nie tylko pięknych.

Ale i tak jestem beznadziejnie zakochany. l wcale nie zazdrosny. Ona potrzebuje towarzystwa – i miłości.

Więc namawiam na spotkania z tą Warszawianką.

O każdej porze roku, o każdej porze dnia inną.

Posłuchajcie, jak potrafi czule szeptać, jak chce się podobać…

012

Tekst i zdjęcia: Mirosław Czerny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *